Kosmate Myśli

Wszystkie powody by pokochać Aquamana

Październik 3, 2014 — by Pusiek18

main

Kosmate Myśli

Wszystkie powody by pokochać Aquamana

Październik 3, 2014 — by Pusiek18

Wiem. Nie kocha się za coś, ale mimo czegoś. Ale z racji tego, że zawsze uważałam, że pozytywne emocje motywują dwadzieścia razy bardziej niż te negatywne, skupimy się na wszystkich większych i mniejszych powodach by pokochać komiksy z Aquamanem. Wokół tego bohatera narosło wiele mitów, a ciągłe rebooty i uparte wplatanie w historie reliktów lat dziewięćdziesiątych sprawiły, że Arthur Curry stał się ulubionym chłopcem do bicia ludzi nie siedzących w komiksach, a także wszystkich tych, którzy śledzą historie bardziej mainstreamowych superbohaterów. Mając to na uwadze DC postanowiło w ramach restartu całego swojego uniwersum odnaleźć sposób na Aquamana i odczarować go w oczach zainteresowanych tematem. Eksperyment zakończył się pełnym sukcesem, a pod okiem Geoffa Johnesa powstała jedna z bardziej oryginalnych opowieści o ludziach z supermocami w całym wydawnictwie. Jeśli wciąż nie jesteście przekonani – wskakujcie na pokład. Pełne zanurzenie!

Nie wiem jak Wam, ale mnie Aquaman zawsze wydawał się komiksową wersją Kapitana Planety. Superbohaterem, który mało może i którego jedynym celem egzystencji jest obrona fauny i flory oceanów. A więc kompletnie nudnym gościem będącym wariacją szalonego ekologa przypiętego do elektrowni atomowej. Zresztą samo DC niewiele robiło, by ten wizerunek poprawić i niejako pogodzone z losem zepchnęło biednego Króla Atlantydy na margines swoich animowanych historii. Pamiętacie Arthura z seriali swojej młodości? Z Justice League Unlimited, albo któregokolwiek z filmów pełnometrażowych? Ja też nie. I choć ten dziwaczny status quo się powoli zmienia (Aquaman dostanie swój własny origin movie już w przyszłym roku) to nie zmienia to faktów. Władca Atlantydy mimo swojej kluczowej roli dla całego superbohaterskiego uniwersum DC wciąż jest postacią dużo mniej popularną w środowiskach pozakomiksowych i stojącą trochę z boku. To postać, której losy musicie zacząć świadomie śledzić. Nie jest wszędobylski jak Batman, rozpoznawalny jak Superman czy ikoniczny jak Wonder Woman. W pewnym sensie to wciąż bohater niszowy, choć nadchodzący film z Jasonem Mamoa, pełnometrażowa animacja czy wciąż rosnące słupki sprzedaży pozwalają wierzyć, że to się niedługo zmieni. Jeśli lubicie czytać niszowe historie, to może być ostatni moment by chwycić za „Aquamana”!

aquaman2
Zauważyliście, że Aquaman to jeden z niewielu superbohaterów w wersji blond? ;)

Żeby nie było niedomówień. Nie polecam Wam wszystkich historii z Królem Antlantydy w roli głównej, a jedynie te które pojawiły się w ramach przedsięwzięcia New52. Chociaż „Aquaman” sprzed restartu ma swój niewątpliwy, mocno kiczowaty urok to jest to jednak produkt swoich czasów nieznośnie nieprzystający do współczesnego sposobu pisania komiksów. Bohater wyglądający jak skrzyżowanie pirata z Khalem Drogo, ze złotym hakiem zamiast ręki i gołym torsem zamiast kostiumu, miotający się od jednej dramy do drugiej to nie jest coś czego oczekuje od obrazkowych historii obecny czytelnik. Tak samo pomyślało również DC, które dało Johnesowi wolną rękę (na ile oczywiście DC daje wolne ręce) w kształtowaniu uniwersum postaci. Głupotki lat 90. poleciały do kosza, a ostateczny produkt fenomenalnie odnosi się do postrzegania Aquamana w rzeczywistości. Scenarzysta wycisnął z możliwości restartu wszystkie soki i za jego pomocą stworzył bogaty, zupełnie odrębny zakątek uniwersum. Zresztą przekonajcie się sami. Przed Wami wszystkie powody by pokochać Aquamana.

Arthur

Lub inaczej tytułowy Aquaman. Arthur Curry jest synem zwykłego latarnika i Królowej Atlantydy. W związku z tym niejako nie należy do żadnego ze światów. Ludzie widzą w nim agenta obcego państwa, trochę szpiega, a trochę niewygodnego imigranta, któremu nie można wierzyć. Dla Atlantydów Arthur jest co prawda synem ukochanej przez wszystkich królowej, ale jednocześnie synem z nieprawego łoża, a nie czysto krwistym mieszkańcem głębin. Wiecznie rozdarty, walczący o zrozumienie wśród ludzi, którzy jeszcze kilka lat temu traktowali go jak jednego ze swoich i próbujący się dostosować do praw panujących w zupełnie obcym państwie bohater to najsilniejsza strona komiksu. Aquaman to nie powszechnie szanowany Superman, czy Batman z którym liczą się zarówno przestępcy jak i przedstawiciele prawa. To ktoś rozdarty między tym co podpowiada mu serce, a tym co słuszne, między interesem swoim i swoich bliskich, a całego narodu, którego jest przywódcą. To ktoś nieoczywisty, siedzący pośrodku barykady, czarna owca, która musi sobie zasłużyć na każdy okruch szacunku i rozplanować każdy kolejny ruch, by w pogmatwanym świecie polityki i podziału na „my” i „oni” utrzymać status quo i przy tym nie zwariować. Swój chłop.

aquaman3
Zasiadać na tronie Atlantydy to nie taka prosta sprawa. Muszelki wbijają się w tyłek.

Mera

Nie wiem czy w całym uniwersum DC istnieje równie dobrze napisana para co Aquaman i Mera. Głównie dlatego, że są autentyczni, pisani bez zbędnych udziwnień, ciągłego „will they, won’t they?”, oraz nie gruchają do siebie jak uwieszone ramion gołąbki. To para, która niejedno razem przeszła, ale dzięki temu nauczyła się patrzeć nie tyle na siebie, co w jednym kierunku. Co oczywiście nie byłoby możliwe gdyby Mera nie została napisana jako samodzielna postać, a nie „Aquawoman”. Ta świetnie wyszkolona zabójczyni z głębin Xebelu, nie musi być wyszczekana do granic przesady jak Lois Lane czy seksowna na skraju absurdu jak Catwoman, by jednocześnie być fascynującą bohaterką i prawdziwą partnerką dla Arthura. Mera jest silna kiedy trzeba i słaba kiedy musi, a przy tym ma głowę na karku, własną inicjatywę i nie boi się być kobieca. To nie Aquaman w spódnicy, ani nawet nie postać poboczna, a pełnoprawna protagonistka. „Aquaman” to więc w istocie komiks rozpisany na dwoje bohaterów, w którym żaden nie dominuje i każdy ma swoje pełnoprawne miejsce w fabule. A przy tym pokazuje, że można napisać „sparowaną” bohaterką, która będzie czymś więcej niż tylko ładnym kwiatkiem doniczkowym. Wolę Merę od Wonder Woman.

aquaman4
Zauważyliście coś jeszcze? Przy innych superbohaterkach Mera wygląda prawie jak mniszka.

Humor

Kto nie pamięta żartów o gadaniu do ryb, o tym że Aquaman nie umie latać i o tym jak bardzo nieetyczne jest w jego wypadku jedzenie sushi? No właśnie. Z tego samego zdawał sobie sprawę Johns gdy trzy lata temu rozpoczynał swoją wizję podwodnego zakątka uniwersum, a zatem postanowił wszystkie docinki i drobne szpileczki przenieść na łamy komiksu. Aquaman łapie opryszków uciekających ze zrabowanym łupem? Policjanci pytają go czy potrzebuje szklanki wody, a po kryjomu żałują, że nie pomógł im Superman albo Batman. Aquaman w barze rybnym? Skandal obyczajowy i główny temat na komiksowym Pudelku. A to tylko niektóre przykłady z długiej listy żartów, które Arthur ze stoickim spokojem znosi. I choć z czasem bohater zyskuje nieco więcej respektu, przynajmniej wśród niektórych, to nie zmienia to faktu, że to komiks zdecydowanie bardziej przygodowy, kolorowy i „lekki” niż produkcje z Wielką Trójcą DC.

aquaman5
No i skandal obyczajowy gotowy…

Świat przedstawiony

Weźcie Disneyowską „Małą Syrenkę”, zmiksujcie ją z komiksem superbohaterskim i otrzymacie jeden z oryginalniejszych settingów jakie można spotkać w mainstreamowych komiksach. Koniki morskie używane w roli rumaków, wielkie kraby jako machiny oblężnicze czy królewski pieszczoszek Topo wyglądający jak skrzyżowanie trylobita z wijem (o dziwo jest całkiem słodki) to tylko najbardziej jaskrawe przykłady pokręconego świata przedstawionego. I wiecie co Wam powiem? W tym szaleństwie jest metoda. Umiejscowienie w jednym komiksie przyszłościowej technologii i kolorowych elementów rodem z bajek dla dzieci, to oddech świeżego powietrza pomiędzy historiami, które próbują na siłę zrobić z komiksów superbohaterskich arcypoważne medium. Jasne, to głupie, że Mera w 21 wieku pływa rydwanem zaprzężonym w dwa narwale, ale z drugiej strony Antlantyda ze wszystkimi jej durnotkami to coś zdecydowanie bardziej dziwacznego i oryginalnego niż przeżarta zbrodnią standardowa metropolia. No i przyznajcie się – kto by nie chciał pojeździć na krabie?

aquaman6
Wszyscy lubimy dzielne zwierzaczki, prawda? W akcji Topo.

Moce

Łatwo jest ratować świat gdy ma się laserowy wzrok, siłę tura, magiczne lasso czy choćby wielką fortunę i intelekt mogący zawstydzić członków mensy. Ciekawie robi się wtedy gdy to wszystko zamieni się na troszkę „trudniejszy” zestaw umiejętności. Aquaman jest silny, wytrzymały, może pływać szybciej niż atomowa łódź podwodna, ma bardzo wytrzymałą zbroję i twardszy niż stal trójząb. Do tego może za pomocą telepatii wydawać rozkazy morskim stworzeniom i… to właściwie tyle. Dzięki temu ani przez moment nie mamy wrażenia, że Arthurowi pokonywanie kolejnych wrogów przychodzi za łatwo. Każde zwycięstwo okupione jest tytanicznym wysiłkiem, który jak na dłoni widać przerzucając karty komiksu. Tu nie ma miejsca na zagrany w ostatniej chwili Batman Gambit, czy tytaniczny Ostatni Zryw Supermana. Zostaje jedynie dokładne planowanie, improwizacja i determinacja. Jeśli do tego wszystkiego dodamy fakt, że Mera ma zdecydowanie bardziej ofensywny zestaw zdolności od Arthura (jak na Xebelkę przystało potrafi sterować wodą) to okaże się, że „Aquaman” jest komiksem z jednymi z ciekawszych scen walki w całym uniwersum. I nie, z rybami nie można rozmawiać.

Źli i jeszcze gorsi

Niech będzie, że nie są tak ikoniczni jak przeciwnicy Batmana czy Supermana (chociaż patrząc z drugiej strony – jak można nie uznać za ikonicznego gościa z wielkim rondlem na głowie?!), albo tak groźni jak wrogowie Wonder Woman. Ale za to każdy z nich ma swoją własną, pogmatwaną historię. Nie licząc wyłażących z głębin paskud demolujących wybrzeże w ramach „Monster of the Month”, zarówno Black Manta jak i Ocean Master mają swoje powody, by nienawidzić Aquamana. Pierwszemu, w wyniku nieszczęśliwego splotu okoliczności Arthur zabił ojca (tak, Aquaman zabija swoich wrogów, bez doklejania do tego mętnej jak woda w klozecie argumentacji), a drugi jest Atlantydzkim arystokratą, który święcie wierząc w przewagę Atlantydów nad mieszkańcami powierzchni dał się wmanewrować w głupią wojnę. To nie do końca typowi komiksowi złole, którzy szerzą śmierć i pożogę z braku lepszych perspektyw życiowych, a złożone postaci, które w którymś momencie życia zostały (nieświadomie) skrzywdzone przez Arthura. Zresztą najciekawiej sprawa wygląda z Ormem, bratem Arthura i niesławnym Ocean Masterem, którego wtrącenie do Belle Reve wydaje się wręcz bezdusznym uczynkiem Króla Atlantydy. Przeciwnicy, których można polubić i bohater ze skazą. Czego można chcieć więcej?

aquaman7
Nosić coś takiego na głowie i jednocześnie być badassem, którego wszyscy się boją? To dopiero wyczyn

Dobrzy i jeszcze lepsi

A skoro już jesteśmy przy czarnych (no, bardziej szarych) charakterach to co powiecie na temat tych, którzy ramię w ramię walczą z Aquamanem? Na pierwszy rzut oka wyróżniają się The Others, kolorowa grupa wojowników dzierżących starodawne Atlantydzkie artefakty, w skład której wchodzą Muzułmanka, Indianka, Latynoska, nawiedzany wizjami zmarłych żołnierzy Niemiec, emeryt z wnuczkiem i supersamolotem o wdzięcznej nazwie „Salon” czy stworzony sztucznie rosyjski kosmonauta idealny. Każdy z nich jest inny, każdy na swój sposób ciekawy i oryginalny. Do tego stary, zafascynowany Atlantydą naukowiec, który mimo że znał Arthura od dzieciństwa, sprzedał go tabloidom za minutkę sławy, by ponownie zasłużyć na jego zaufanie, czy rozdarta pomiędzy swoją miłością do Orma, a obowiązkami kapitana królewskiej straży młoda Atlantydka Tula. Jeśli superbohater jest tak silny jak jego drugi plan to Aquaman nie ma się czego wstydzić.

I to by było na tyle. O wielu rzeczach nie wspomniałam, o przyjemnej dla oka kresce, niegłupich scenariuszach czy ciekawych historiach pobocznych, ale myślę, że to co już wiecie powinno sprawić, że dacie Aquamanowi szansę. A przynajmniej dwa razy się zastanowicie zanim zaczniecie się z niego śmiać.