Kosmate Myśli

O grach, w które nie umiem grać

Kwiecień 11, 2015 — by Pusiek25

main

Kosmate Myśli

O grach, w które nie umiem grać

Kwiecień 11, 2015 — by Pusiek25

Ostatnio mam problem z pojęciem „gracza”. I wcale nie dlatego, że Anita Sharkeesian publikuje swoje filmiki, ani dlatego że ktoś mi zmasakrował cztery litery w grze online. Po prostu to pojęcie nie tylko się dla mnie zdewaluowało (khem, Gamergate, khem), ale także kompletnie znaczeniowo rozmyło. Mieści się w nim i ktoś grający na konsoli i na tablecie, ktoś zaliczający same tytuły AAA i ktoś wspierający tytuły niezależne, wielbiciele gameplayu, grafiki i fabuły. Nie mam z tym problemu, w końcu zgodnie z naturą języka większość pojęć skazana jest na powolną ewolucję. Ale tak jak nie określam siebie jako „filmomaniaka” mimo że oglądam filmy, albo „bibliofila” bo czytam książki tak coraz bardziej zaczynam się dusić przykryta łatką „gracza”. Bo grają obecnie wszyscy,

Lubię grać. Tak normalnie i po prostu. To moja ulubiona rozrywka. Cieszę się, że w ramach medium pojawiają się coraz to nowe produkcje, że coraz więcej ludzi się do niego przekonuje, że gra to obecnie często coś więcej niż pusta siekanina. Denerwuje mnie sztucznie zbudowane poczucie „elitarności” ludzi grających od dziecka, mających konsolę z jednej lub drugiej strony barykady, albo szczycących się graniem na PC, będących bardziej „pro” od ludzi maksujących wyniki w smartphonowych gierkach. Wojna na ekskluziwy, klatki animacji, pojedyncze piksele na skrawku ekranu. Może dorastam, może dziadzieję. Ale wysiadam z tego pociągu. Nie jestem „graczem”. Żyj i pozwól żyć innym.

Oczywiście dalej będę grać, dalej będę pisać recenzje i cieszyć się jak głupia z każdej zapowiedzi. Ostatecznie wciąż kocham gry. Po prostu dość mam tego toksycznego, zamkniętego światka, który tylko czeka na to by rzucić Ci w twarz, że masz nieodpowiednią konsolę, nieodpowiednią płeć, albo za mało skilla. Na przekór wszystkim pieniaczom, którzy nigdy nie przyznaliby się przed kimkolwiek, że jakakolwiek gra ich przerasta, poniżej lista gatunków, w które najzwyczajniej w świecie nie potrafię grać. Bo już nikomu nie muszę niczego udowadniać.

Skradanki

Na początek wiele już razu poruszany na tym blogu fenomen pod wdzięczną nazwą „Pusiek gra w skradanki”. Widzicie to nie jest tak, że nie mam pojęcia jakie zasady rządzą gatunkiem. Doskonale zdaję sobie sprawę, że cierpliwość jest cnotą, wrogowie nie są ślepi, otwarty konflikt nie przynosi rezultatów, a rozwaga w planowaniu ruchów pozwoli mi bezstresowo ukończyć etap. Tylko to wszystko bierze w łeb gdy zaczynam próbować zaliczyć nawet najprostszy odcinek. Najpierw czekam jakieś chore ilości czasu pod krzakiem, potem wybiegam w najmniej odpowiednim momencie wprost pod nogi wroga, potem walczę jak lew, potem ginę i wszystko zaczyna się od nowa. Po trzech bezowocnych przebieżkach zaczynam klnąć jak szewc. Po pięciu przestawiam developerom rodziny do pięciu pokoleń wstecz. Po dziesięciu stwierdzam, że wolałabym wizytę u dentysty. Po piętnastu wyglądam jak zmaltretowana kupka nieszczęścia. Po dwudziestu moja Siostra postanawia się zlitować i łagodnie choć stanowczo zabiera mi pada z rąk i z gracją gazeli przeskakuje do następnego checkpointa. Zresztą nawiasem mówiąc bardzo lubię patrzeć jak moja Siostra gra w skradanki, bo zapewnia mi to przeżycia podobne do podziwiania łyżwiarstwa figurowego. Podoba mi się głównie dlatego, że sama nigdy bym nie dała rady zrobić czegoś podobnego. Nawet za milion lat.

gulasz13a
W Hitman: Absolution zaliczenie pierwszych treningowych misji zeżarło mi całe popołudnie. Ale przynajmniej Siostra się śmiała.

Pamiętam jak kilka miesięcy temu próbowałam przejść w kooperacji Monaco i po każdym zaliczonym etapie czułam się jak ostatnia ofiara i kula u nogi gdy co chwilę ginęłam, biegłam w złym kierunku, uruchamiałam alarmy i sprawiałam, że w założeniu prosta gierka zamieniała się w festiwal reloadowania poziomów. Nawet w moim ukochanym Deus Ex: Human Revolution mniej więcej w jednej trzeciej gry porzuciłam jakiekolwiek nadzieje na zostanie prawdziwym szpiegiem przemysłowym i do końca gry grałam jakąś dziwną hybrydą tajnego agenta, która potrafiła się skradać przez pół etapu, by palnąć jakąś koszmarną głupotę tuż za checkpointem, a potem w wielkich bólach wymordować pół populacji jakiegoś biurowca. Jeśli już mam być szpiegiem, to przynajmniej w stylu Bonda.

Strategie

Z jednej strony to śmieszne, z drugiej trochę smutne. Organicznie nie jestem w stanie grać w jakiekolwiek strategie, bo choćbym nie wiem jak się starała i tak ostatecznie kończę grając jak najgłupsza możliwa wersja algorytmu zachłannego. Serio. Odnoszę wrażenie, że na studiach pisałam mądrzejsze programy. No więc tak siedzę i analizuję każdy ruch, wybieram najlepszą możliwą opcję, a potem dostaję po tyłku. I tak w kółko. Gdy próbuję zagrać troszkę mniej oczywiście to kończę generując straty nie odrobienia. I nie ważne czy to w RTSie czy SimCity. Grając w strategie prezentuję godny pożałowania widok. I nawet troszkę głupio się ze mnie śmiać.

gry2
Gdyby SimCity miało więcej wspólnego z Simsami, byłabym mistrzynią.

Pamiętam, że grając w Zoo Tycoon masowo produkowałam ogrody zoologiczne, których jedyną atrakcją były rozmnażające się jak króliki tygrysy i dziwiłam się dlaczego przynoszą straty. Nigdy nie ukończyłam Spore, bo moje plemię Puśków nie potrafiło skutecznie podbić swojego grajdołka, a co dopiero całej planety. Mieszkańców mojego SimCity zmiatał z powierzchni ziemi pierwszy lepszy kataklizm. I tak. W szachy też jestem kiepska.

Gry Logiczne

Pamiętacie jak w poprzednich akapitach pisałam, że nie mam cierpliwości i zachowuję się jak skretyniały algorytm zachłanny? Autentyczne zabójcze combo w grach logicznych, w których albo musisz posiedzieć nad rozwiązaniem, albo skutecznie je rozplanować. Nie ważne czy ogrywam smartphonową pierdółkę czy przechodzę wyjątkowo upierdliwy masujący szare komórki fragment gry AAA. I tak skończę klikając wszystko po kolei jak średnio ogarnięta małpa i dziwiąc się dlaczego jeszcze nie znalazłam rozwiązania. Widząc moje mierne postępy, głupkowatą klikaninę i wkurzone posapywania, moja Siostra zazwyczaj się lituje i z dobroci serca usiłuje rozwiązać węzeł gordyjski, który sama jej zaplątałam. Zresztą w strzelankach się strzela, prawda?!

gry3
W Tomb Raidery akurat nie ssę… za mocno.

Co najśmieszniejsze, jeśli siedzę w fotelu pasażera i oglądam jak moja Siostra głowi się nad jakimś zagadkowym fragmentem potrafię wyskoczyć z ciekawym, nieortodoksyjnym pomysłem. Szczycę się tym, że kilka zagadek ze starszych Tomb Raiderów zaliczyłyśmy tylko dlatego, że zasugerowałam dziwaczne podejście do problemu. Ale to właściwie jedyny taki przypadek, bo reszta moich przygód to długa litania przykładów puśkowej niekompetencji. I tak astraria w DA: I rozwiązywała mi Siostra, podobnie z zagadkami z najróżniejszych Asasynów. Czasem trzeba sobie zdać sprawę z tego kto jest mózgiem, a kto mięśniami. Grunt to znać własne ograniczenia.

RPG

Kto czytał przygody elfki Grażyny ten zrozumie (a DA: I to naprawdę nie jest tak staroszkolne RPG jak można by było przypuszczać). Czytanie ścian tekstu na ekranie nieprawdopodobnie mnie męczy, więc zazwyczaj zadowalam się słuchaniem dialogów, śledzeniem celu misji i zmyślaniem sobie wszystkiego czego akurat nie było mi dane przeczytać. Nad statystyki przedkładam estetykę, więc moje postaci potrafią przez trzy czwarte gry biegać z ekwipunkiem niskiego poziomu tylko dlatego, że nie udało mi się znaleźć nic równie ładnego. Mam gdzieś losy NPC, których nie lubię, a moja postać zazwyczaj cierpi na schizofrenię i miota się między skrajnościami (chyba, że gram full renegatem). Co najśmieszniejsze to jedyny gatunek z tej listy, który kocham szczerą miłością. Tak już bywa, że czasem bozia poskąpi ci zdolności. Co nie znaczy, że masz dać sobie spokój z tym co uwielbiasz. Czasem im trudniej tym ciekawiej.

kgb2a
Human Revolution miał w sobie dokładnie tyle RPG żebym nie dostała wysypki

Wiedźmina i DA: I przeszłam na najniższym poziomie trudności bo mojego zmysłu estetyki, niechęci do craftingu i zbierania pierdół za cholerę nie dało rady pogodzić z wymagającą walką. W Mass Effect przez wszystkie trzy części moja drużyna biegała samopas, a ulepszałam ich grając w marynarza i wybierając losowe umiejki. I właściwie tylko w Deus Ex: Human Revolution byłam totalnie „wczuta” w postać i powtarzałam niemożebnie długie fragmenty gdy coś spieprzyłam. Za klasykę gatunku się nawet nie zabierałam, bo mam świadomość, że skończyłoby się na połamanym ego. Na szczęście wymyślono YouTube.

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się czemu na RM nie ma recenzji gier wymienionych gatunków, macie odpowiedź. Po prostu nie byłabym w stanie ich napisać w czasie wielomianowym. Swoją drogą to strasznie ciekawe, że o ile jestem zdolna się przemóc i wysiedzieć dwie godziny na filmie z zupełnie innej parafii o tyle gry stojące obok  moich zdolności omijam szerokim łukiem. Mądry Polak po szkodzie.