Kosmate Myśli

Niekochany syn Batmana

Lipiec 3, 2015 — by Pusiek16

main

Kosmate Myśli

Niekochany syn Batmana

Lipiec 3, 2015 — by Pusiek16

Jak mówią mądrzejsi ode mnie, skoro nadarzyła się okazja to trzeba kuć żelazo póki gorące. Już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem dokończenia serii notek o moich ulubionych komiksowych bohaterach tak by zamknąć wszystko w liczbie trzech postów (jak wiemy wszystkiego zawsze musi być TRZY). Po Supermanie i Aquamanie przyszła więc pora na postać komiksową z którą od dawna najbardziej się utożsamiam. Zwłaszcza, że niedawna premiera i związane z nią spekulacje co do tożsamości tytułowego Arkham Knighta przypomniały mi, że ciągle nie udało mi się napisać o Niekochanym Synu Batmana, który trochę wbrew własnemu wydawnictwu okazał się postacią zbyt popularną by się jej po prostu pozbyć. Przed Wami historia tropionego przez fanów spisku, postaci wyprzedzającej swój czas o całe dekady, komiksowej inżynierii wstecznej i Dnia Który Na Zawsze Zmienił Komiksy Superbohaterskie.

Z wiadomych względów wpis zawiera nieoznaczone spoilery do kilku ikonicznych storyarców „Batmana”, z których żaden nie jest młodszy niż dziesięć lat. Spoilery do młodszych pozycji są już po bożemu ukryte. Tyle słowem wstępu.

Najgorszy z robinów

Wbrew obiegowej opinii, Robin – młodociany pomocnik Batmana jest niemal od samego początku związany z historią miliardera przebierającego się za pewnego latającego ssaka. Początkowo postać tę wprowadzono by troszkę złagodzić poważny ton komiksu (pamiętajcie, że mówimy o roku 1940!) i przyciągnąć do niego młodszych czytelników, z czasem jednak Dick Grayson zaczął żyć własnym życiem. Scenarzyści postanowili więc, że ten młody akrobata powinien dorastać razem z czytelnikiem (co nawiasem mówiąc wprowadziło w „Batmanie” paradoks znany z „Mody Na Sukces”, w której dzieci dorastają znacznie szybciej niż dorośli się starzeją). Osiemnastoletni Dick zaczął przewodzić drużynie składającej się z młodych pomocników superbohaterów, a w końcu porzucił Robina, przyjął tożsamość Nightwinga i postanowił na własną rękę zwalczać zło, pozbawiony opiekuńczych skrzydeł Batmana.

redhood1
Wybaczcie, nie znoszę kreski rodem ze „Złotej Ery Komiksu” więc musicie się zadowolić czymś bardziej współczesnym.

Ponieważ komiksy nie lubią próżni, niemal natychmiast u boku Bruce’a Wayne’a pojawił się nowy Robin. Początkowo Jason Todd był niemal bliźniaczą kopią Dicka Graysona różniącą się od niego jedynie kolorem włosów. Też był akrobatą, też stracił rodziców i tak samo jak swój poprzednik postanowił poświęcić życie walce ze złem, by pomścić swoich bliskich i upewnić się, że żadnemu dziecku już nigdy nie przydarzy się nic podobnego. Kalka była tak doskonała, że sami czytelnicy zaczęli się mylić kto jest kim. Dlatego też po niespełna trzech latach występów na kartach komiksów, zaraz po zapoczątkowanym w 1985 roku „Kryzysie Na Nieskończonych Ziemiach” Jason Todd, jak zresztą większość bohaterów DC, otrzymał zupełnie nowy origin.

Nauczony błędami przeszłości ówczesny scenarzysta „Batmana”, Dennis O’Neil postanowił odseparować obu Robinów tak bardzo jak było to tylko możliwe. Tym sposobem Jason Todd z idealnej kopii Dicka Graysona stał się jego negatywem. Wychowywany na ulicy syn drobnego kryminalisty i narkomanki zaprezentowany został jako postać znacznie bardziej wściekła od swojego poprzednika. Jason często stawał w opozycji do Batmana, nie bał się używać siły i nie potrafił zrozumieć polityki Bruce’a Wayne’a opartej na izolowaniu przestępców, a nie ich dosłownej eliminacji.

Oczywiście jak można było przypuszczać, postać tak wyraźnie spolaryzowana musi zostać naprawdę dobrze napisana by zyskać przychylność szerszej publiczności. Coś czego w przypadku Jasona ewidentnie zabrakło. O’Neil nie dawał sobie rady z utrzymaniem bohatera w ryzach, a podrzucane byle gdzie tropy o jego brutalnych skłonnościach (w jednym z zeszytów zasugerowano, że Todd zepchnął z dachu kryminalistę) tylko dolewały oliwy do ognia i do dziś są przedmiotem nieustającego sporu fanów. Wystarczy powiedzieć, że Jason stale okupuje pierwsze miejsce listy najgorszych Robinów i jest uważany za najbardziej kontrowersyjną postać całego Batversum. Co najciekawsze sztuczka z agresywnym, opryskliwym i skonfliktowanym z Batmanem Robinem świetnie udała się Grantowi Morissonowi, a stworzony przez niego Damian Wayne szturmem podbił serca miłośników historii o Nietoperzu. Możemy się jedynie zastanawiać czy w przypadku Jasona zawiódł scenarzysta, czy postać wyprzedziła swoje czasy (datę powstania jego i Damiana dzieli niemal 25 lat) czy wreszcie publika przebolała stratę Dicka Graysona i pozwoliła kolejnym Robinom posiadać własny charakter.

redhood9
Dobra, nie znoszę Batmana, ale nawet ja muszę przyznać że ta scena była przeurocza.

Osobiście uważam, że zarówno Jason Todd jak i Damian Wayne okazali się postaciami dużo bardziej prawdziwymi niż wyidealizowany Dick Grayson. W końcu pozwalając nastolatkom narażać życie walcząc ze złem, przyglądać się krzywdzie wyrządzonej innym ludziom czy wreszcie sprawując nad nimi równie mało rodzicielskiej opieki co Bruce Wayne możemy być niemal pewni, że wyrosną z nich aroganckie, przekonane o własnej wyższości jednostki, tym niebezpieczniejsze, że świetnie wytrenowane i puszczone samopas. Możemy się więc spierać czy rynek wreszcie dorósł albo kto jest lepszym scenarzystą od drugiego, ale ostatecznie okaże się że sednem problemu jest to jak patrzymy na funkcję Robina i jak traktujemy postaci, które wyrywają się z ustalonego schematu. Ale nie uprzedzajmy faktów.

dzień który zmienił komiksy superbohaterskie

Mamy więc rok 1986. Frank Miller, komiksowa legenda właśnie publikuje swój monumentalny komiks, który przejdzie do annałów opowieści o Nietoperzu. „Powrót Mrocznego Rycerza” to osadzona w przyszłości historia o podstarzałym Batmanie, który załamany śmiercią Jasona Todda (dobrze przeczytaliście) postanawia zawiesić kostium na kołku i zostawić Gotham swojemu losowi. Początkowo cały pomysł wydawał się skrajnie makabryczny i przynależny do jednego, alternatywnego kontinuum, ale jak wiecie w przyrodzie nic nie ginie. I choć nikt nigdy oficjalnie nie przyznał się, że „Powrót Mrocznego Rycerza” był inspiracją dla późniejszych wydarzeń to jednak nie sposób nie zauważyć pewnych podobieństw. Co najciekawsze sam Miller w późniejszych wywiadach przyznał, że gdyby wiedział do czego doprowadzi swoim scenariuszem być może napisałby go inaczej. Może jednak w fanowskich teoriach tkwi ziarno prawdy?

Mamy więc Batmana i mamy też Robina, który zastąpił uwielbianą postać, a przy tym okazał się jej niemal idealnym przeciwieństwem. Mamy wreszcie fanów, którzy w swoich głośnych narzekaniach nie różnią się zbytnio od tych z którymi mamy styczność dwadzieścia siedem lat później. W 1988 roku DC zachęcone sukcesem „Powrotu Mrocznego Rycerza” i prawdopodobnie mocno zmęczone histerycznymi głosami czytelników, zdecydowało się na najbardziej kontrowersyjny ruch w całej swojej historii. Pod koniec napisanej przez Jima Starlina (zwanego pieszczotliwie „Grim Reaperem”) historii „Death in the Family” los Jasona Todda oddano w ręce fanów. Za pomocą dwóch specjalnie uruchomionych na tę okoliczność linii telefonicznych czytelnicy mieli zadecydować czy Batmanowi uda się w ostatniej chwili rozbroić tykającą bombę, czy wizja zapoczątkowana przez Millera stanie się rzeczywistością. Stosunkiem głosów 5343 do 5271 przegłosowano, że Jason Todd musi umrzeć.

redhood6
Z ciekawostek dokładnie ta grafika wisi u mojej siostry w pokoju od ładnych kilku lat.

Zatrzymajmy się na chwilę nad tą decyzją, czym różniła się od wielu podobnych komiksowych śmierci na które każdy fan obrazkowych historii pewnie zdążył się uodpornić? Po pierwsze to czytelnicy zdecydowali o losie swojej znienawidzonej postaci co z marszu nie spodobało się części środowiska scenarzystów. Nie bez racji argumentowali, że całe głosowanie było cyniczne i nastawione na podbicie sprzedaży „Batmana”. Po drugie niedługo potem ujawniono, że setki głosów „za” wysłała jedna osoba korzystając z komputera, co dość mocno zachwiało sensem całego głosowania (zwłaszcza, że nie ustawały pogłoski że hakerem była wysoko postawiona osoba z DC). Wreszcie komiksy superbohaterskie jeszcze nigdy nie pokazały tak makabrycznej śmierci młodej osoby. Owszem, w 1964 roku mogliśmy się dowiedzieć, że pomocnik Kapitana Ameryki Bucky Barnes spadł do oceanu, a jego ciała nigdy nie odnaleziono, ale ta tak zwana „Disney Death” nie mogła się równać z torturami młodego Jasona jakie pokazano na łamach „Batmana”.

Jak już wspomniałam wcześniej, komiksy nie lubią próżni, a więc po kilku miesiącach obowiązkowej żałoby w 1989 roku zaprezentowano światu kandydata na kolejnego Robina, młodego geniusza Tima Drake’a osobowościowo zbliżonego do kochanego przez wszystkich Dicka Graysona. Lata mijały, Batman pogodził się ze swoją Największą Porażką, a Jason Todd stał się czymś w rodzaju straszaka i pomnika w jednym. Kolejni komiksowi superherosi umierali i wracali do życia (by wspomnieć chociażby Supermana), a u Mrocznego Rycerza wszystko pozostawało takie samo. Śmierć drugiego Robina i związane z nią konsekwencje uznawane były za tak zwany „death by origin story”, kawał historii Batmana, która definiowała go jako superbohatera. Wśród fanów funkcjonowało nawet powiedzenie, że w komiksach Wielkiej Dwójki istnieją tylko trzy postacie, które nigdy nie zmartwychwstaną – Jason Todd, Bucky Barnes i Wujek Ben. Ten stan rzeczy nie wszystkim przypadł do gustu.

JAMA ŁAZARZA

DC miało ze śmiercią Jasona Todda jeden ogromny problem. Im jej data wydawała się odleglejsza tym bardziej rozmywało się jej znaczenie. Początkowo załamany i obwiniający się o wszystko Batman zmienił się więc ostatecznie w cyniczną wersję Poncjusza Piłata, a całą odpowiedzialność za morderstwo drugiego Robina zrzucono na jego samego i jego nieroztropność (nawet nie na Jokera). Doszło nawet do tego, że w dniu 18 urodzin Jasona stojący nad jego grobem Batman stwierdza, że jedynym błędem było zrobienie z niego Robina. Dla wielu była to kropla, która przepełniła czarę. Na przykład dla Judda Winnicka, uznanego scenarzysty, który wiele razy otwarcie stwierdzał, że „Death In The Family” było błędem, a pozostawienie jednego chłopca permanentnie martwym w świecie, w którym namiętnie wskrzeszano kolejnych bohaterów i złoczyńców, tylko po to by Batman mógł być smutny, cyniczną praktyką studia.

W 2003 roku gwiazdorski duet twórców w osobach Jepha Loeba i Jima Lee zaprezentował na kartkach „Batmana” dwunastoodcinkową historię zatytułowaną „Hush”. Na jej łamach zaprezentowali Clayface’a (jednego z ikonicznych przeciwników Mrocznego Rycerza) wcielającego się w rządnego zemsty Jasona Todda. I choć do dzisiaj Loeb nie powiedział wprost, że w ostatniej chwili zmienił zdanie i bojąc się reakcji fanów zmartwychwstałego Robina ze swojej historii ostatecznie wyrzucił, to jednak nie zmienia to faktu, że „Hush” jest historią która zdecydowanie bardziej trzyma się kupy z Jasonem na pokładzie. O dziwo pomysł kupili fani, a szlak został przetarty. Kilka miesięcy później stery „Batmana” przejął Judd Winnick, z racji swojej sławy wynegocjowując w wydawnictwie dość dużą swobodę twórczą i postanowił naprawić to co w jego oczach zepsuto niemal dwadzieścia lat wcześniej.

redhood3
Nie znoszę „Husha”, ale nie zmienia to faktu że bez niego nie byłoby Red Hooda.

W 2005 roku na łamach story arcu „Under The Hood” zaprezentowano światu zmartwychwstałego Jasona Todda, który przyjmując jedną z wczesnych tożsamości Jokera postanawia krwawo stłumić przestępczość w Gotham. Jason/Red Hood bezpardonowo mordował kryminalistów stojąc w swoim własnym mniemaniu po właściwej stronie barykady, a rozdarty Batman mógł po raz kolejny skonfrontować się z chłopcem, którego okrutnie zawiódł. Dodatkowo Winnick idealnie „wmontował” zmartwychwstałego Robina w uniwersum nie pozostawiając miejsca na domysły. Jason został wskrzeszony przez Superboy’a Prime, który uderzając w ściany rzeczywistości (nie pytajcie) naprawił wszystko co w uniwersum poszło źle. Z powodu ciężkiego urazu głowy i splotu nieszczęśliwych okoliczności trafił pod skrzydła Talii al Ghul, która chciała zrobić z niego kartę przetargową w swoich relacjach z Batmanem. By go wyleczyć skorzystała więc z Jamy Łazarza, a fani do dziś mogą się spierać czy to kąpiel w magicznym źródełku zrobiła z Jasona krwawego mściciela czy może sprawił to wiele lat temu łom Jokera.

Podobno lubimy postacie, które są do nas podobne, albo takie którymi chcielibyśmy być, ale identyfikujemy się z tymi które przedstawiają nasze wady. Pewnie dlatego tak bardzo lubię Red Hooda pisanego przez Winnicka, opętanego szałem mściciela. Zmartwychwstały Jason okazał się postacią dumną, aż do jakiejś chorej przesady, wierzącą w ogólną sprawiedliwość, która jest czymś nadrzędnym nad jednostkowymi pragnieniami i dramatami i wreszcie na tyle stojącą z boku, że aż okrutnie bezpośrednią. Przy tym wszystkim Red Hood wyglądał jak bohater wyjęty z innego porządku, niemal z naszego świata, ktoś kto nie bał się wyrwać z kultu Batmana i powiedzieć mu w twarz, że ciągłe łapanie Jokera tylko po to, by ten mógł uciec nie ma najmniejszego sensu. I nie bał się pobrudzić sobie rąk.

redhood5
Wg jednej z teorii Jason wzorem Batmana przyjął tożsamość odnoszącą się w jakiś sposób do swojego największego lęku. Może coś w tym jest?

Winnick chyba sam nie do końca wierzył w swoją historię, bo zakończył ją cliffhangerem, a los Jasona po raz kolejny zależał od czytelników. Tym razem jednak nie zdecydowano się na cyniczne głosowanie. Jak można było przypuszczać tak głęboko przekopujący nietoperzowe status quo ruch skrajnie spolaryzował opinie. Jedni lamentowali, że Batman już nigdy nie będzie taki sam, a inni cieszyli się, że teraz wreszcie Mroczny Rycerz będzie musiał zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji zamiast ronić łzy nad grobem. Tym razem jednak nauczone doświadczeniem DC postanowiło posłuchać entuzjastów zamiast malkontentów, a czarna owca batrodziny weszła na stałe do kanonu.

NA WYGNANIU

Dosyć szybko okazało się jednak, że jedyną osobą potrafiącą pisać Red Hooda jest Judd Winnick, a kolejni scenarzyści mogą jedynie spisać tę postać na niezgodną z charakterem poniewierkę. Błąkając się po różnych seriach Jason przebrany w swój dawny strój (nigdy nie rozumiałam fenomenu zielonych kąpielówek) walczył z Timem Drakiem o miano najlepszego Robina, irytował Nightwinga biegając po Mannhatanie w jego przebraniu, przewodził przypadkowej zbieraninie postaci w żenująco słabym „Countdown to 52” czy wreszcie założył wiadro na głowę, dorobił się sidekicka i postanowił ostatecznie zlikwidować Batmana.

Tak naprawdę największym problemem jaki scenarzyści mieli z Jasonem nie były wcale durnowate story arci, a jedynie to, że zwyczajnie nie potrafili pisać postaci nie wpadającej do prostej szufladki Hero/Anti-Hero czy Villain/Anti-Villain. Dodatkowo od samego początku był to bohater niejako „skazany” na porażki, który nie mogł ani wyeliminować najgroźniejszych złoczyńców w Gotham (bo czy ktoś wyobraża sobie Batmana bez Jokera?) ani pogodzić się z Mrocznym Rycerzem, by nie wpaść w spiralę wyciętych z jednej sztancy pomagierów. W efekcie Red Hood z rządnego sprawiedliwości błędnego mściciela szybko zmienił się w szalonego histeryka, który kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością.

redhood8
Nie znoszę motywu wg którego dorosły facet jest zazdrosny o jakiegoś dzieciaka biegającego obok Batmana. Moich uczuć nie podzielali twórcy radośnie pchając Jasona w coraz pokraczniejsze fabułki.

I pewnie ten stan by się utrzymywał gdyby w 2010 roku DC nie wypuściło animacji „Under The Red Hood” powszechnie uważanej za najlepsze dzieło odpowiedzialnego za rysowane filmy studia (w tym i przez niżej podpisaną). Kreskę maksymalnie upodobniono do klasycznych obrazków Bruce’a Timma, a jednocześnie nie kopiowano jej bezczelnie, scenariusz powierzono samemu Juddowi Winnickowi czy wreszcie zatrudniono znanych aktorów (z Neilem Patrickiem Harrisem i Jensenem Acklesem na czele). Na potrzeby filmu Winnick zmienił swoją własną historię wyciskając z niej wszystkie soki i sprawnie łatając wszystkie potknięcia (np. niepotrzebny cliffhanger). Widzowie połknęli haczyk, a nieco przybladła gwiazda Red Hooda znowu rozbłysła dawnym blaskiem. I choć z niektórych zakamarków dało radę usłyszeć niezadowolone głosy hejterów, którzy mieli nadzieję, że postać umrze śmiercią naturalną to jakość „Under The Red Hood” ostatecznie przypieczętowała miejsce Jasona w batversum, a gdy nadarzyła się okazja by nieco uporządkować jego historie i skorzystać na zdobytej popularności DC skwapliwie z niej skorzystało. Możemy się zastanawiać czy to wydawnictwo chciało dać tej postaci ostatnią szansę kręcąc film animowany, czy Winnick postanowił zekranizować swoje ulubione dzieło, albo wreszcie czy fenomenalna produkcja okazała się wypadkiem przy pracy, faktem pozostaje, że Jason powrócił z wygnania.

redhood10
Przyznam Wam się do czegoś, za każdym razem gdy czytam komiksowe „Under The Hood” słyszę Jensena Acklesa.

Po rebootującym uniwersum evencie „Flashpoint” Red Hood dostał wreszcie swoją solową serię, a zadanie „uporządkowania” postaci powierzono Scottowi Lobdellowi. W najnowszym wydaniu Jason został wskrzeszony przez Talię, a potem odesłany do tajemnej organizacji All-Caste walczącej z tajemniczymi istotami znanymi jako The Untitled (poważnie). Wyposażony w nadprzyrodzone zdolności (jak na przykład pojawiające się znikąd tajemnicze miecze), z obowiązkową przepowiednią o zagładzie świata nad głową i w towarzystwie osieroconych przez reboot Arsenala i Starfire, Jason w swojej solowej serii zajmuje się eliminowaniem wszelkiej maści przestępców w sobie znanym stylu. Co najciekawsze jednak, w połowie serii udało mu się przepracować swój żal, pogodzić z Batmanem i odwiesić wszystkie animozje na kołku. Z jednej strony pozwoliło to postaci skutej pętami kanonu ewoluować zamiast stać w miejscu, a z drugiej stworzyło pokraczne rozwiązania scenariuszowe w stylu Mrocznego Rycerza tolerującego fakt, że jedno z jego dzieci zabija przestępców o ile nie robi tego na terenie Gotham (bo tu wolno mu używać tylko gumowych kul). Seria jest głupkowata, poszatkowana do granic przyzwoitości i świetnie narysowana. Może po prostu Red Hooda nikt nie potrafi pisać?

niekochany syn batmana

Do dzisiaj mimo że Red Hood na stałe wrósł w batversum ze wszystkich stron można usłyszeć głosy o „zniszczeniu” Batmana, osłabieniu wydźwięku ikonicznego komiksu czy wreszcie spadku ogólnej jakości produkcji ze znaczkiem nietoperza. Zawsze między fanami znajdzie się troll usiłujący wszystkim wmówić, że komiksom nie przydarzyło się nigdy nic gorszego niż Red Hood. Co najciekawsze

Spoiler (duży) – Batman i Robin New 52

gdy w „Batman Incorporated” zginął Damian Wayne ze wszystkich stron można było usłyszeć błagania fanów o jego szybki powrót. A gdy DC odczekało zwyczajowy rok żałoby i Robin wstał z martwych ze wszystkich stron można było usłyszeć piski radości.

co tylko potwierdza moją teorię o tym, że Jason jest postacią która wyprzedziła swój czas. Niewdzięczny jest los pionierów.

Bo widzicie osobiście najbardziej lubię Red Hooda jako ideę zaprezentowaną czytelnikom w „Under The Hood”. Nigdy potem ten bohater nie przemawiał do mnie równie mocno, a i mnie samej byłoby ciężko wskazać pozycje obowiązkowe czy cokolwiek polecić. To postać trudna, niejednoznaczna, ciężka do okiełznania i jeszcze cięższa do prowadzenia. Jak na razie wszyscy scenarzyści oprócz Winnicka wykładają się przy nim na nos, ale przecież nadzieja umiera ostatnia. Łatwo jest być fanem Dicka Graysona. Ciężej kochać Jasona Todda.

PS1. Jeśli zastanawialiście się kto tym razem wygrał w odwiecznej wojence pt. „Kto był pierwszy” to śpieszę donieść, że ogłaszam remis. Bo co prawda Bucky Burnes zginął w 1964 roku, a Jason Todd dopiero w 1988, ale to DC przywróciło martwego sidekicka do życia wcześniej wygrywając z Marvelem dosłownie o 7 miesięcy w 2005 roku.

PS2. Jeśli już chcecie listę komiksów, które wypadałoby przeczytać w temacie Jasona Todda (poza fenomenalnym „Under The Hood” i jeszcze lepszym „Under The Red Hood”) to zabierzcie się za „Lost Days” zresztą też od Winnicka. Początkowe numery „Red Hood and The Outlaws” nie są jakieś najgorsze zwłaszcza jeśli dacie się oczarować rysunkom Kennetha Rocaforta. No i zawsze pozostaje Wam „Hush”, zdecydowanie mniej dziurawy gdy dorzuci się do niego Jasona.

PS3. Trzy notki o moich ulubionych komiksowych paniach oczywiście też powstaną. Kiedyś.