Kosmate Myśli

Najtrudniejsze recenzje na świecie

Październik 30, 2015 — by Pusiek5

main

Kosmate Myśli

Najtrudniejsze recenzje na świecie

Październik 30, 2015 — by Pusiek5

Wybór nazwy bloga to złożony proces. Najlepiej żeby nie była głupia, żeby Cię definiowała, żeby łatwo dało radę ją zapamiętać i żeby nie obrzydła Ci po pierwszym miesiącu. Swoją wybrałam długo przed tym, nim założyłam bloga. Wydawała mi się zadziorna i wymierzona idealnie w punkt, bo oto ja będę pisać złośliwe recenzje i czepiać się najmniejszych pierdółek. I wiecie? To bardzo często dobrze działa.

Oglądam film, gram w grę, zbieram informacje w moim małym mięsnym komputerku zwanym mózgiem, a potem przerabiam to na frajdę, jaką mam z pisania notki i czytania Waszych komentarzy. Ale czasem stykają mi się jakieś zworki, proces pisania jest katorgą, a na samą myśl o tym, że kurde obejrzałam jakąś premierę, ale nie chce mi się o niej gadać oblewam się zimnymi potami. Bo jak to? Blog recenzencki bez recenzji? Wydałaś kasę na bilet, napisz o tym do cholery! Ludzie czekają i przebierają nogami, a ty się lenisz i zrzucasz wszystko na kapryśnego Wena. Załóżmy, więc przez chwilę, że nie jestem leniwym stworzeniem (wiem, dużo wymagam) i zastanówmy się, z jakich filmów nie potrafię pisać recenzji. Albo po prostu nie lubię. Albo jestem na nie uczulona. Niepotrzebne skreślcie sobie sami.

truderecenzje1
Zdjęcia kotków, bo tak!

Zaczynając od spraw oczywistych, recenzje bardzo pochwalne i bardzo naganne piszą się same. Przy tych pierwszych przełączam się w tryb fangirl, chwalę wszystko, co się da, wrzucam kilka uwag dla kronikarskiego obowiązku i nawet nie orientuję się, gdy dobijam do osobistej granicy 1500 słów na notkę. Jakiś trans czy cholera wie co. W drugim przypadku po prostu daję dojść do głosu diabełkowi z mojego ramienia. Kąśliwe uwagi? Ależ proszę. Zabawne docinki? Jeszcze lepiej. Bezlitosne punktowanie wszystkich durnotek? Aż się trzęsę z radości. Wiecie, mam potem mnóstwo satysfakcji, gdy podchodzą do mnie znajomi i nie mogąc powstrzymać chichotu rzucają jakimś cytatem z notki. Choćby dlatego warto było się męczyć.

Nie mam też wielkiego problemu z filmami, które mnie zawiodły. Nawet, jeśli serce krwawi, literki można poskładać w długą listę skarg i zażaleń, a podzielenie się ze światem swoimi pomysłami na „zrobiłabym to lepiej” to już właściwie połowa terapii. I odwrotnie, filmy, które przedwcześnie skazałam na pożarcie przez mój drapieżny gust, a które jakoś się obroniły też same piszą swoje recenzje. To trochę jak wtedy, gdy źle kogoś oceniliście na pierwszy rzut oka, a potem nie możecie się nadziwić jaka to fajna osoba. No dobra, prawdopodobnie jest mi po prostu trochę głupio.

Na końcu trafiają się za to te koszmarki, z których pisanie recenzji sprawia mi fizyczny ból i tyle samo frajdy, co jeżdżenie w kółko wokół domu i szukanie miejsca parkingowego. Za każdym razem myślisz, że już się uda, ale wszechświat boleśnie uświadamia cię, że nic z tego. I pomijając ten przydługi wstęp (to już koniec, obiecuję) o tych filmach będzie ta notka. A w nagrodę, że dotrwaliście aż tutaj, będzie w punktach. Wiecie, żebym nie musiała się przemęczać, bo to w końcu filmy, o których nie umiem pisać.

FILMY IDEALNIE ŻADNE

Inaczej mówiąc, utrwalony na taśmie odpowiednik nudnego księgowego. Niepodobne do niczego, nudne, niezdecydowane, pozbawione tego czegoś, co przesunęłoby je z kategorii gumy do żucia dla oczu w kierunku wciągającego widowiska. Dokładnie te potworki w połowie których orientujecie się, że zamiast śledzić akcje rozmyślacie o misiach Haribo. Wiecie, wtedy gdy lekko spłoszeni pytacie współtowarzyszy co właściwie dzieje się na ekranie, bo Wasz mózg już dawno zdezerterował.

truderecenzje3

Dlaczego nie potrafię o nich pisać? Bo sami przyznajcie, że to trochę żenujące wyskoczyć na blogu z notką w stylu: „byłam, widziałam, nic nie pamiętam”.

FILMY ŚRODKA

Każdy z nas ma takiego znajomego. Tak koszmarnie unikającego konfliktu, że aż zgadzającego się ze wszystkim, co powiecie. Właściwie nie musicie z nim rozmawiać, bo jeszcze zanim otworzy usta wiecie, że jedyne, co usłyszycie to jakąś idealnie letnią formułkę. Istnieją też takie filmy, które można porównać do nudziarzy w perfekcyjnie skrojonych garniturkach. Nie złe, ani dobre. Pozbawione tego czegoś, co chyba powinno się nazwać sercem. Grzeczne i poukładane, kurczowo trzymające się normy i okupujące środek stawki ocen na Filmwebie.

Dlaczego nie potrafię o nich pisać? Chwilę, chwilę. To w ogóle zakładamy, że chcielibyście o nich czytać?!

FILMY „NIE MAM ŻALU DO NIKOGO”

Czasami sama nie wiem, że powinno mi być przykro. Ot przejdę się do kina, zobaczę coś zupełnie bez wyrazu, wzruszę ramionami, wydam z siebie „pfff!” i tyle. Może jestem zblazowana, a może to kosmos się nade mną lituje, faktem pozostaje, że niektóre produkcje obchodzą mnie jak zeszłoroczny śnieg. O czym oczywiście mój mózg postanawia mnie poinformować dopiero, gdy wydam pieniądze na bilet i zmarnuję czas na sali kinowej, zamiast jak bozia przykazał ostrzec mnie wcześniej. Chociaż lepiej w tą stronę niż ryczeć jak bóbr, bo „Quantum of Solace” nie było tak fajnym filmem jak sobie wymarzyłam (powaga!).

Dlaczego nie potrafię o nich pisać? Bo to byłby blogowy odpowiednik gadki o pogodzie, którą się brzydzę.

FILMY SPISANE NA STRATY NIE BEZ POWODU

Czasem zachowuję się jak głupol. Wiem, że film będzie zły. Nie lubię aktorów, reżyser to jakiś partacz i nawet plakat wygląda jakby wykonał go domorosły wielbiciel Painta. A i tak biegnę do kina w jakieś dziwacznej wersji pchania palca między drzwi. Sama nie wiem, na co liczę. Na kinematograficzny cud? Na bezkompromisowe guilty pleasure? Zabijam czas? Albo w jakiś pokręcony sposób na wpół świadomie każę sama siebie za dawne porażki i zmuszam do pokuty na Sali kinowej? To chyba jest nieuleczalne.

truderecenzje2

Dlaczego nie potrafię o nich pisać? Bo trochę głupio mi się przyznawać, że bywam głupolem.

FILMY BEZ CHEMII

Czasem nie wiemy, co dokładnie nie zagrało. Tak normalnie i po prostu, albo to układ żył wodnych. Film nie jest zły. Nawet może się podobać, w końcu na niejednej scenie dobrze się bawiłam. A mimo wszystko nie pokochaliśmy się od pierwszego wejrzenia i bez żalu rozejdziemy się każde w swoją stronę. Było miło i tyle, nie padłam na kolana. Ale mam jednocześnie tyle szacunku do reżysera by na temat jego dzieła nie produkować wyrobów notkopodobnych. Może innym razem.

Dlaczego nie potrafię o nich pisać? Chyba, bo tak. Możecie znaleźć sobie nowego blogera.

Ulżyło mi. Teraz wiecie, czemu niektóre recenzje kończą jako posty, a niektóre to ledwie akapitowa wzmianka w Gulaszu. Możecie próbować pogonić mojego Wena, ale nie spodziewajcie się rezultatów. Wszyscy musimy z nim żyć.

PS. Tak, recenzji „Crimson Peak” nie będzie. Sami przyporządkujcie sobie kategorię, pod którą podpada.