Kosmate Myśli

Nie dotykać moich gier!

Grudzień 15, 2015 — by Pusiek11

main

Kosmate Myśli

Nie dotykać moich gier!

Grudzień 15, 2015 — by Pusiek11

Jedną z moich ulubionych filmowych rozrywek jest zabawa w obsadzanie hipotetycznych filmów zrealizowanych na podstawie moich ulubionych gier. Tylko tutaj można pofantazjować nad castingiem, pokłócić się o to czy fizyczne podobieństwo jest ważniejsze od umiejętności aktorskich i czy przypadkiem nie zatrudnić voice actora jako „najbliższego” przedstawiciela oryginału. Temat rzeka, w którym przynajmniej kilka razy zdarza mi się usłyszeć, że „ty byś wszędzie obsadziła Gylenhaala!” (niczego nie żałuję!!!), albo bronić rękami i nogami nieoczywistych wyborów. Jeśli tak jak ja kochacie gry i filmy, oraz nie boicie się stracić kilku godzin na jałowe dyskusje potencjalnie ryzykując wieloletnie przyjaźnie, zabawcie się w specjalistów od castingu! W końcu gry już dawno stały się tak filmowe jak nigdy wcześniej i tylko Hollywood tego nie dostrzegło i z uporem godnym lepszej sprawy kręci kolejne paździerze na licencji. Przecież fanom potrzeba tylko zdolnego reżysera, aktorów których idzie odróżnić od drewna w tartaku i znośnych efektów specjalnych, prawda? Błąd! Pozwólcie, że Wam wytłumaczę, czemu Hollywood, kładące łapy na moich ukochanych grach, to jeden z moich najgorszych koszmarów stojący gdzieś między snem o wypadaniu zębów, a tym z goniącym mnie potworem. Łapy precz od moich gier!

Wpis ilustruje idealny fan-casting wg mnie i mojej Siostry do hipotetycznego filmu łączącego Metal Gear Solid 3, Metal Gear Solid: Peacewalker i Metal Gear Solid V: The Phantom Pain. Obrazki autorstwa mojej Siostry, Samozwańczej Mistrzyni Painta (jako, że jestem Samozwańczą Mistrzynią Fotoszopy dodałam rendery z gier i ramki, piszę o tym w ramach kronikarskiego obowiązku). Pod zdjęciami znajdziecie „na wpół autentyczny” zapis naszych dyskusji. Bo tak ogólnie to nie jest wpis o filmowym Metal Gearze. Tyle słowem wstępu.

gamemovie8
– Kogo by tu wziąć na Big Bossa? – zastanowiła się moja Siostra – Gylenhaala! – zapiszczałam entuzjastycznie, bo przecież tradycji musi stać się zadość – Czy ty wszędzie musisz obsadzić Gylenhaala?! Nie ma mowy! – zdenerwowała się moja Siostra przez moją starą śpiewkę *podesłałam zdjęcie z „Wroga”* – O_O Okej. Może być. Tym razem dopięłaś swego.
gamemovie3
– Na starego Big Bossa wzięłabym Brolina. W stylówie z „Sicario”. Nie obraź się, wiem że wiesz kim jest Brolin – zaczęłam dość niepewnie – Kim jest Brolin? – rzuciła Siostra – może być i jeszcze Pequad się na zdjęcie załapał ;)

Jakiś czas temu przez popkulturalny zakątek internetu przetoczyła się burza entuzjazmu związana z wyciekiem pierwszego zdjęcia z kinowej adaptacji Assassin’s Creed. Wszędzie dało się przeczytać głosy zachwytu, że całość wygląda porządnie, Fassbender jeszcze nigdy nikogo nie zawiódł i oto nadchodzi upragniona ekranizacja gier, która nie przyprawi fanów oryginału o myśli samobójcze. A ja im więcej dowiaduję się o projekcie tym bardziej jestem przerażona. Nie jestem wielką fanką serii (choć mam syndrom sztokholmski), uwielbiam Michaela Fassbendera (biorę wszystkich czytających Gulasz z Pusia na świadka!) i ogólnie naprawdę wierzę, że to może się udać. Co doprowadzi do tego, że Hollywood zacznie sięgać po inne marki, a w końcu nieuchronnie położy łapy na tych, które kocham całym fanowskim serduszkiem. I nie pozostanie mi wtedy nic innego niż pobiec do kina, a następnie zwinąć się w embrion i wyć z rozpaczy. I zanim wyzwiecie mnie od malkontentów, pozwólcie że wytłumaczę czemu i Wy powinniście się bać.

gamemovie10
– Na Kazia może Kapitan Ameryka? Evans jest milutki, ale wygląda jakby potrafił przyłożyć – zaproponowała Siostra – No can do. Za bardzo przypakowany i nie pasuje mi do Jake’a – tak naprawdę to aktora lubię, ale nie bardzo wierzę w jego zdolności. – To może ten z U.N.C.L.E.? – Armie Hammer? – No właśnie ten :)
gamemovie5
– Na zgorzkniałego Kazia z Phantom Pain tylko Guy Pearce! – Nie mam zastrzeżeń – po raz pierwszy zgodziła się ze mną Siostra – Zresztą na młodego też by pasował, patrz „Memento” – Ale młody już nie jest. Poza tym chcę Armiego, Puchu

W krótkich, żołnierskich słowach – dlaczego ekranizacje gier to zły pomysł:

  • Wiemy jak wyglądają bohaterowie/ całe sceny / sekwencje

  • W grach mamy wybór (mniejszy, większy, JAKIŚ!)

  • Lepiej to już było (całkiem dosłownie)

  • Nie istnieje idealny scenariusz/ casting/ koncepcja

  • Nie ma takiego budżetu

A teraz dlaczego ekranizacje 2 (słownie: dwóch!) gier się udały:

  • Zachowały ducha oryginału, ale nie uwiesiły się na scenariuszu

  • Postawiono na oryginalnych bohaterów zamiast męczyć pieszczochów fanów

  • Wzięto siły na zamiary

Zacznijmy jednak od początku. Jak powinna wyglądać idealna ekranizacja? Czy powinna ślepo odtwarzać oryginalny scenariusz, czy zmieniać go, przerabiać, reinterpretować i dostosowywać do nowego medium? Które sceny wyciąć, a które zostawić? Na co położyć nacisk, a co zepchnąć na dalszy plan tak by wszyscy byli zadowoleni? I wiecie co? Mimo że osobiście nie lubię zbyt zachowawczych ekranizacji, zdaję sobie sprawę, że dla wielu mają swój urok. I tam gdzie ja toczę pianę z pyska, że nie po to przyszłam do kina, żeby całkiem dosłownie obejrzeć książkę, wiem, że kilkunastu fanów oryginału świetnie się bawi po prostu śledząc to co znają i lubią. Wywrotowo, załóżmy więc, że żadne z podejść nie jest lepsze lub gorsze, a każde ma swoje plusy i minusy. Przy typowej ekranizacji grupa fanów czekająca na swoją ulubioną fabułę przeniesioną na ekran może poczuć się jak w domu, ci, których z jakichś powodów ominął oryginał niewiele tracą, a całość o ile nie zaliczy spektakularnych wpadek będzie przynajmniej tak samo zjadliwa jak pierwowzór. Jeśli z kolei weźmiemy się za reinterpretację dzieła wyjściowego to pewnych widzów zostawimy zachwyconych, pewnych wkurzonych, a pewnych kompletnie skołowanych. Przy okazji możemy tez zostać oskarżeni o przerost formy nad treścią i najgorszą popkulturalną zbrodnię: hipsteryzm.

gamemovie9
– Możemy gdzieś zaangażować Donhaala Gleasona? Proszę, proszę, proszę! – zaskomlała Siostra – Nie – A jak znajdę dobre zdjęcie i ci pokażę? – To wtedy może *Dostałam zdjęcie na maila* – Ok. Zgadzam się. Mrau! ^_^
gamemovie4
– A może by tak Troy’a? – zaproponowałam nieśmiało – Nie *oczy kota ze Shreka* – Nie. Nie będziemy mieszać. Hollywood to Hollywood. Wysoki budżet i te sprawy. – To chociaż Nikolaj? – nie poddam się! – Nikolaj może być. Miej coś z życia.

Ale o ile obie z powyższych koncepcji da radę dokleić do ekranizacji dzieła z jakiegokolwiek medium, o tyle w przypadku gier żadna się nie sprawdza. Dlatego, że całkiem dosłownie wiemy jak to wszystko wygląda. Nawet w najlepiej napisanej książce, pisarz pozostawia wiele dla wyobraźni czytelnika, a sama natura komiksu sprawia, że większość akcji zamkniętej w statycznych kadrach rozgrywa się przy udziale pomysłowości czytającego. Grając w grę, wiesz doskonale jak wygląda Twój bohater, choćby jedynie z renderów, scenografię znasz do ostatniego pixela, a co bardziej widowiskowe sceny oglądasz w nie gorszej reżyserii niż tej znanej z filmów Michela Baya. Materiał źródłowy jest tak blisko kina jak to tylko możliwe więc odpadną wszystkie wojenki o czarnego Bonda, maoryskiego Aquamana czy „ja to sobie wyobrażałam zupełnie inaczej”. W tym momencie na scenę wchodzą dwie (podkreślam: DWIE) ekranizacje filmów, które się udały. Dlatego, że zrezygnowały z odtwarzania znanych fabuł. I tak Halo 4: Forward Unto Dawn niemal zupełnie pozbył się ikonicznego Master Chiefa i skupił na młodych rekrutach, a Silent Hill połączyło wątki z kilku gier robiąc konglomerat, który ani nie znudził fanów, ani nie odrzucił nowicjuszy w temacie, ani nie zbrukał Najlepszej Fabuły W Grach Wideo™. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wziąć nie tyle całe elektroniczne scenariusze co ich uniwersa i stworzyć swoją własną opowieść. Mass Effect niekoniecznie o Shepardzie, Assassin’s Creed bez Altaira czy Gears of War bez Fenixa zwanego pieszczotliwie Klocem. Ale z jakichś powodów Hollywood pcha się w gry filmowe, z bardzo jasno określonym bohaterem i scenami akcji (i niech dwie koszmarne ekranizacje Hitmana będą tego najlepszym przykładem). Naprawdę potrzebujemy kinowego Uncharted czy Tomb Raidera? A może po prostu należy się przyznać, że na kolejnej elektronicznej odsłonie serii będziemy bawić się po prostu lepiej? Niezależnie od wysiłków reżysera.

gamemovie7
– Na Mamę Wąż, tylko Cate Blanchett! – stwierdziła Siostra – Tylko Cate Blanchett!
gamemovie2
– Tilda? – Tilda!

Głównie dlatego, że w grach mamy wybór z samej racji obcowania z takim, a nie innym medium. I zanim zakrzykniecie, że przecież nie każda produkcja AAA to RPG, że skrypty, korytarze, fabuły liniowe jak budowa cepa i trzymanie gracza za rączkę, to pamiętajcie, że zawsze piszecie swoją wersję historii. Nie ważne czy za pomocą drzewka dialogowego czy prostego wyboru: „karabin szturmowy czy snajperka?”. Nawet w najbardziej liniowej fabule wciąż potrzebni jesteście WY. I to nie tylko jako bierny obserwator (książki, komiksy), którego porównać można do projektora w kinie, a jako naczelny sprawca wszystkich wydarzeń, który musi aktywnie zaangażować swój refleks, umiejętności i uwagę by fabuła gry dobiegła do końca. A jeśli myślicie, że gameplay to ogromny kawałek gier AAA to co powiecie o produkcjach indie, w których fabuła jest nierozerwalnie związana z takim, a nie innym stylem gameplayu czy formatem grafiki. Potraficie sobie wyobrazić jak Hollywood mogłoby zekranizować Kentucky Route Zero, Stanley Parable albo Talos Principle jednocześnie nie zamieniając ich fabuł w krwawą miazgę? Ja też nie.

gamemovie12
– Na EVĘ Keira Knightley, bo chcę zobaczyć jak ją Jake totalnie olewa mimo cycków frontem do ekranu – zaśmiałam się złowieszczo – O_O ja to muszę zobaczyć! – przytaknęła Siostra
gamemovie6
– Może… Emma Watson? – nieśmiało zaproponowałam – Nie! Za bardzo ją lubię! Szkoda jej na tego kucyponka! – zaprotestowała Siostra – weźmy Miley Cyrus, Selenę Gomez, kogokolwiek, tylko zostawmy Emmę! – Ale zobaczysz, Emma by tak zagrała że jeszcze byś polubiła kucyponkę! – przekonywałam – Niech ci będzie. Ale dalej mi dziewczyny szkoda.

A skoro filmowa ekranizacja Waszej ulubionej gry nie będzie zawierać ani cienia Waszego wkładu, jeśli będzie tylko odtwarzać sceny, które widzieliście już dawno temu i którymi zdążyliście się już zachwycić i znudzić, to jaki jest sens w ogóle ją oglądać? Skoro jesteśmy święcie przekonani, że lepiej to już było, wiele lat temu na intymnej sesji z konsolą, to czy oglądanie filmu, który spisaliśmy na straty nie mija się trochę z celem? Czy przypadkiem nie zamienia się w smutny obowiązek? W samo napędzającą się maszynę niszczenia wspomnień ukochanych serii? Przecież jeszcze przed kupnem biletu, ba! Jeszcze zanim film wejdzie do kin, wiemy że nie istnieje scenariusz, który dobrze połączyłby fabułę z gameplayem, nie ma idealnej koncepcji, która pozwoli dobrą grę akcji przerobić na równie dobry film, nie ma takiego budżetu, który sprawiłby że ekranizacja gry wyglądałaby równie autentycznie i dostarczyła tylu emocji co jej pierwowzór. Łapy precz od moich gier.

gamemovie11
– NIE! NIE DAM ANDREW NA HUEY’GO! T_T – załkała moja Siostra – Ale pomyśl, on Moriartiego tak zagrał, że wszyscy go pokochali! – Nienawidzę cię i mam nadzieję, że wiesz o tym.

Dlaczego o tym piszę? Bo kochani fani elektronicznej rozgrywki, to już za chwilę będzie nasza rzeczywistość. Zastanówcie się tylko, filmy superbohaterskie, może nie za rok, może nie za dwa, ale nieubłaganie zeżrą swój ogon. YA teoretycznie możemy kręcić w nieskończoność, ale coś równie popularnego jak Igrzyska Śmierci czy Harry Potter nie trafia się zbyt często. A Hollywood nie znosi próżni i prędzej czy później postanowi położyć łapy na naszych ukochanych grach. Nie wiem czy gdzieś tam istnieje idealna formuła na ich ekranizacje, coś jak „Marvelowskie” kino dla komiksów, ale nie zmienia to faktu, że coś jest na rzeczy w momencie gdy teoretycznie najbliższe filmowi medium nie potrafi doczekać się porządnych adaptacji i ginie w odmętach taśmowo produkowanych paździerzowych produkcji. Nie wiem czy gier zwyczajnie nie da się przełożyć na język współczesnego kina, ale niepokoi mnie (a Was najprawdopodobniej też powinien) fakt, że kolejne produkcje AAA giną w Hollywoodzkim produkcyjnym piekiełku. A jeśli tak naprawdę nie potrzebujemy i nie chcemy kolejnych filmów-o-grach jeśli idziemy na nie z obowiązku i jak na ścięcie, to może cała sytuacja została postawiona na głowie? Wracam do konsoli, do moich gier. Tam gdzie zawsze było ich miejsce.

Listę wszystkich filmów na podstawie gier znajdziecie tutaj. Na wypadek gdybyście potrzebowali Filmu Pod Alkohol.

Na koniec wreszcie zebrana w jednym miejscu obsada idealnego filmu Metal Gear Solid, który nigdy nie powstanie:

  • Reżyser: Quentin Tarantino
  • Scenariusz: Hideo Kojima (w oparciu o SnakeEater, PeaceWalker i Phantom Pain)
  • Naked Snake – Jake Gylenhaal (duh!)
  • Big Boss – Josh Brolin
  • Kaz Miller – Armie Hammer
  • Miller (Phantom Pain) – Guy Pearce
  • Major Ocelot – Domnhaal Gleason
  • Revolver Ocelot – Nikolaj Caster-Waldau
  • The Boss – Cate Blanchet
  • Strangelove – Tilda Swinton
  • Eva – Keira Knightely
  • Paz – Emma Watson
  • Huey – Andrew Scott

Jeśli macie inną wizję, pokłóćmy się w komentarzach ;)