Kosmate Myśli

Drugi raz w tę samą rzekę (i trzeci, i czwarty)

Marzec 3, 2016 — by Pusiek21

main

Kosmate Myśli

Drugi raz w tę samą rzekę (i trzeci, i czwarty)

Marzec 3, 2016 — by Pusiek21

Jak może wiecie od 2,5 miesiąca bez przerwy gram w AC: Syndicate. Po drodze udało mi się skończyć grę trzy razy (jestem w trakcie czwartego przejścia), wywalić save’a żeby całkowicie zresetować postęp, dostać jakieś śmieszne ilości UbiPunktów za poświęcenie (serio, żadne, cała przyjemność po mojej stronie) i nauczyć się cutscenek i dialogów na pamięć. Ale to i tak nic w porównaniu z moją siostrą, która w Dragon Age: Inquisition gra równo rok, za każdym razem mając dokładnie tyle samo funu co poprzednio.

Zastanawialiście się kiedyś co sprawia, że do niektórych tytułów wracacie częściej niż do innych? I czy w świecie, w którym mamy dostęp do większej ilości dóbr kultury niż kiedykolwiek moglibyśmy ich spróbować, taka postawa nie jest marnotrawieniem czasu? Czy można jednocześnie cierpieć na FOMO (Fear Of Missing Out) i co wieczór wpadać do ulubionej gry by spędzić czas z ukochanymi postaciami niczym ze starymi przyjaciółmi? Czy tzw. „kupki wstydu” mają jakikolwiek sens i czy przypadkiem nie ważne ile razy coś widzieliście, ostatecznie liczy się tylko tyle ile macie przy tym dobrej zabawy? Może tak naprawdę „nowe” wcale nie musi walczyć ze „starym”?

dwarazy2
W dzisiejszym wydaniu zdjęcia sponsorują wilki.

W życiu kieruję się bezkompromisową zasadą „ani pół kroku wstecz”. Z zasady nie jeżdżę na wakacje do tych samych miejsc, w których już kiedyś byłam, szafki w pokoju wypełnia mi sprzęt sportowy z kolejnych dyscyplin, które kiedyś zaczęłam, a nigdy nie miałam ochoty do nich wrócić, udało mi się wydać opowiadanie i od tego momentu nic nie napisać mimo że głowę zapychają mi całe stada fikcyjnych postaci, gry rzucam w kąt jak tylko zdobędę z nich wszystkie achievementy, do filmów wracam rzadko i zawsze jest to święto lasu, bo znaczy że to produkcja z moim osobistym znakiem jakości. W końcu tyle rzeczy jest jeszcze do spróbowania, tyle gier do zagrania, tyle filmów do obejrzenia, tyle miejsc do odwiedzenia, że zamykanie się w otoczeniu tego co znane wydaje się czystą głupotą.

Z tego też powodu nigdy nie cierpiałam na FOMO ani nie uznawałam istnienia tzw. „kupek wstydu”. Jasne, zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie gdzieś tam istnieje sobie moje osobiste arcydzieło, którego nigdy nie poznam, bo nawet nie pomyślę by się nim zainteresować, albo że ludzie uwielbiają tworzyć żelazne kanony wszystkiego i uwielbiają je przykładać jak papierek lakmusowy, żeby sprawdzić czyjeś rozeznanie w temacie. Tylko, że jak wiecie czas nie jest z gumy. Gdybym miała poddać się FOMO to nie pozostałoby mi nic innego niż żyć w permanentnej depresji, bo przecież na świecie istnieją całe kinematografie których kompletnie nie znam, a gdybym miała tłumaczyć się z każdej uznanej produkcji, która (jeszcze?) nie trafiła przed moje oczy to najprawdopodobniej zamieniłabym ten blog w słup ogłoszeniowy i festiwal przeprosin.

dwarazy3

Z tego też powodu zupełnie obca jest mi np. postawa Aeth, która z lęku że omija ją całe morze ciekawych historii za wszelką cenę postanowiła nauczyć się czytać komiksy. Nawet jeśli zadanie wydaje się żmudne i nie do końca godne przysłowiowej świeczki. Jak może wiecie, za cholerę nie umiem oglądać seriali. I jakoś ten prosty fakt zbytnio nie przeszkadza mi w funkcjonowaniu. Czy mam świadomość, że gdzieś tam na pewno istnieje serial, który bym pokochała? Oczywiście. Czy zdaję sobie sprawę, że omija mnie wiele arcydzieł? Jasna sprawa. Ale czy mi to przeszkadza? Ani trochę. W końcu jest tyle rzeczy do sprawdzenia. Ani pół kroku wstecz.

Dlatego tym bardziej dziwi mnie moja niedawno odkryta postawa. I nawet nie tylko to, że odkryłam że moje malkontenckie serce nie jest tak czarne jak mi się wydawało i że wciąż coś potrafi mnie autentycznie zafascynować. Ogólnie to, że ogrywanie wciąż i na nowo gry, w której przelizałam każdą ścianę, znam na pamięć wszystkie cutscenki i gdzie wszystkie achievementy dawno leżą zdobyte, potrafi mi sprawić tyle frajdy. Serio, nie spodziewałam się tego po sobie. Gdzie tu nowość? Gdzie ekscytacja? Gdzie odkrywanie nowych horyzontów? Chyba właśnie zaczynam się kończyć.

dwarazy4

Ale może właśnie o to chodzi. Skoro i tak nie obejrzysz wszystkiego, to zajmij się tym co sprawia ci autentyczną frajdę. W końcu kto powiedział, że męczenie się przy uznanej grze która do mnie nie trafia jest szlachetniejsze niż czwarta rundka w AC: Syndicate? Albo, że lepiej obejrzeć najgorszy film byleby tylko nie ukochane Casino Royale po raz dwudziesty (na 100% nie dwudziesty. Po dwudziestym po prostu straciłam rachubę)? Że z tego co znamy na pamięć nie wyciągniemy już żadnej wartości? Może to właśnie wtedy gdy potrafimy wyrecytować dowolny dialog obudzeni o trzeciej w nocy, możemy się autentycznie pobawić wyciągając smaczki, które przeszły nam koło nosa podczas wszystkich poprzednich razów? Może wszystko zasługuje na drugą szansę?

Bo widzicie tak jak nad FOMO przechodzę do porządku dziennego uznając je za nierozerwalnie związane z życiem każdego kto interesuje się popkulturą, tak autentycznym przerażeniem napawa mnie fakt, że pewne rzeczy mogłam odrzucić zupełnie niesprawiedliwie. Bo obejrzałam je za wcześnie, bo trafiłam na nie za późno, bo nasze drogi przecięły się w zupełnie nieodpowiednim momencie mojego życia. Może żeby być sprawiedliwą, powinnam każdy film z dolnych stanów średnich mojego Filmweba obejrzeć jeszcze raz? Ale czy przypadkiem nie z tego powodu boję się oglądać ponownie filmów, które bardzo mi się podobały? Może jednak nie warto się cofać?

dwarazy5

Czy więc wszystko jest względne? Czy w jakichś innych okolicznościach, może nawet równoległym wszechświecie, byłabym w stanie polubić Ludzką Stonogę? W końcu skoro jesteśmy sumą swoich własnych doświadczeń, możliwe że każda inna kombinacja moich przeżyć sprawiłaby że wylądowałabym z zupełnie inną listą ukochanych dzieł. Jak w związku z tym rozpoznać produkcję, która nie spodoba mi się nigdy od takiej, która po prostu nie wstrzeliła się w odpowiednie okienko?

Bo wiecie, to dokładnie ten moment, w którym mam wrażenie, że moja żelazna logika po prostu przestaje zdawać egzamin. To znaczy doskonale wiem, którym filmom nie ma sensu dawać nawet cienia drugiej szansy (Ludzka Stonoga), których gier nie chce mi się kończyć (Red Dead Redemption) i które komiksy mogę porzucić bez żalu (Starfire). Ale między tymi wszystkimi paździerzami, a laureatami moich własnych Oscarów (w dowolnym medium) zieje ogromna dziura do której wpadają wszystkie produkcje, które określiłabym jako „so-so”. Wpadliśmy na siebie, było w porządku, bez większych uniesień, rozstaliśmy się w pokoju. Ale może właśnie w tym momencie zamiast machać sobie na pożegnanie powinniśmy popracować nad naszym związkiem?

dwarazy6

A tak naprawdę to chyba po prostu nigdy nie przestanie mnie fascynować mechanizm, który sprawia że upychamy dzieła kultury do szufladek. To totalnie nieuchwytne coś co pozwala nam wygłaszać pozorne oksymorony w stylu: „ta gra ma mnóstwo wad, ale i tak ją uwielbiam”, albo „to ogólnie dobry film, którego szczerze nie cierpię”. Bo między prostymi, technicznymi uwagami o montażu, aktorstwie, scenariuszu, bugach i frame dropach znajduje się jeszcze mnóstwo kompletnie niewypowiedzianego „ja”, które choćbym tego nie chciała, zawsze zamanifestuje się w mojej ostatecznej ocenie. Tak, właśnie przeżywam recenzencki kryzys. Bo skoro ja sama nie mam zielonego pojęcia czy moje opinie będą cokolwiek warte dla mnie samej za rok czy pięć lat, to jakim cudem możecie je mieć wy? A może te wszystkie moje wypociny to taki z gruntu rzeczy nietrwały twór, który powinnam podpisywać nie tyle „Pusiu” co „Pusiu dnia tego i tego”?

Może więc powinnam się przyzwyczaić, że logika dowiozła mnie aż tutaj. Teraz zaczyna się przepaść, przez którą muszę jakimś cudem przenawigować się sama. Jeśli nie mam zielonego pojęcia czy warto jakiemuś filmowi dać drugą szansę czy nieubłaganie przeć naprzód, jeśli nie wiem czy moja ocena dzieła kultury będzie dla mnie cokolwiek warta za tydzień czy rok, jeśli nie mam absolutnie żadnych wyrzutów sumienia z dopisywaniem arcydzieł na listę „może kiedyś” zamiast „teraz, natychmiast!” to właściwie jedynie co mi pozostaje to kierować się sercem. Jakkolwiek chaotycznie by to nie zabrzmiało i gdziekolwiek by mnie to nie wyprowadziło. Może tak naprawdę nie trzeba wszystkiego wrzucać na wagę i porównywać wszystkiego ze wszystkim. Może po prostu wystarczy się pogodzić z faktem, że dokładnie tyle samo funu może sprawić mi obejrzenie po raz pierwszy nowego filmu, co ukończenie gry po raz czwarty. Może po prostu popkultura nigdy nie była sportem siłowym, w którym liczy się tylko wynik. Albo to po prostu ja zdałam sobie sprawę z faktu, że nie jestem nawet w połowie tak skomplikowana jak mi się wydawało.

dwarazy7

Bo wszystko i tak ostatecznie sprowadza się do faktu, że trochę uwiera mnie nazwa bloga. Wydaje mi się zbyt sztywna. Coraz bardziej przestaje mi odpowiadać zamknięte kółko recenzenta, które każe mi iść na film, oglądać go niemal że z notesem w ręku, a potem napisać z tego notkę, mimo że tak naprawdę wolałabym Wam machnąć post o tym dlaczego Jacob z AC: Syndicate nie jest standardowym Asasynem nr 3145 (choć się takim wydaje). Pewnie z tego powodu wolę pisać Gulasze. Bo wydają mi się luźniejsze, mniej określone, zwyczajnie ciekawsze, nawet jeśli nie przyciągają nawet jednej piątej widowni jaką ma recenzja czegoś co aktualnie leci w kinach. Może po prostu muszę zdefiniować bloga na nowo. Co z marnym skutkiem próbuję już robić od jakichś sześciu miesięcy i zawsze utykam na nazwie. Prawdopodobnie to tylko dołek (serio, propozycje możecie zostawić w komentarzach!), który prędzej czy później minie. A tym razem wracam cieszyć się jak dziecko z nowego DLC, które wyszło do gry którą katuję od trzech miesięcy. Niczego nie żałuję. YOLO?