Recenzja

Deus Ex: Mankind Divided – recenzja

Wrzesień 8, 2016 — by Pusiek2

main

Recenzja

Deus Ex: Mankind Divided – recenzja

Wrzesień 8, 2016 — by Pusiek2

15 godzin. To dużo czy mało? Jeśli mówimy o staniu w korku na autostradzie, 15 godzin brzmi jak wieczność, jeśli o locie na drugi kraniec świata to niemal jak szybkość światła. Jeśli pracujecie na etacie, 15 godzin brzmi jak poniedziałek i większość wtorku, jeśli chcecie się umówić do lekarza specjalisty to niemal natychmiast. Jeśli odliczacie nimi czas do czegoś na co czekacie to wleką się niesamowicie, a czasem przemykają zupełnie niezauważone. Od Was zależy czy te odmierzone takty zegarka będą przypominać eony czy raczejmikrosekundy. Ja w 15 godzin skończyłam grę RPG. I trochę się wkurzyłam.

Body horror

Jasne, powiecie, że przeliczanie czasu gry na pieniądze, a nawet porównywanie ilości sekund jakie upłyną od planszy tytułowej do napisów końcowych, jest bez sensu. I będziecie mieli rację, ostatecznie nie chodzi oto by siedzieć z zegarkiem w ręku, tylko po to by przystawiać kolejne produkcje do sztywnego wzorca. W końcu tak samo dobrze można się bawić przy krótkiej, intensywnej kampanii co przy ciągnącej się tygodniami kolubrynie, umówmy się, że to kwestia gustu i tego nieuchwytnego „czegoś”. I tak długo jak na samym końcu stwierdzacie, że nie żałujecie ani sekundy, a Wasze doświadczenie jest kompletne, tak długo nie ma co zżymać się na długość gier. Gorzej gdy scenariusz jest tak skonstruowany, że jesteście świecie przekonani, że jesteście gdzieś w 1/3 tylko po to, by dostać w twarz niespodziewanymi napisami końcowymi. Ale po kolei.

mankinddivided2
Nie wierzcie screenom. W akcji ta gra wygląda jak ciosana toporkiem.

Deus Ex: Human Revolution to jedna z moich ukochanych gier i ulubiony RPG. To produkcja, która idealnie trafiła w moje gusta sprawnie łącząc cyberpunk z typowo szpiegowską fabułą i elementami starego dobrego body horroru. Do tego gameplay dorzucił do całości kilka wyjątkowo udanych mechanik, fenomenalnie zgrywał się ze scenariuszem i nie wybaczał nawet najmniejszych błędów (słynna już w pewnych kręgach opowieść o tym jak wbiegłam tyłem w checkpointa). Wystarczy powiedzieć, że Human Revolution to jedyny RPG, w którym grałam postacią 100% pozytywną i gdzie potrafiłam bez zająknięcia powtarzać długie fragmenty, które niefrasobliwie skaszaniłam na końcu. Ta gra to mój własny gamingowy brylant.

Mankind Divided, sequel Mojej Osobistej Najlepszej Gry Świata, radośnie rozpoczyna się od retconu poprzedniej części. Za co, tak na marginesie, twórcom należy się żółta kartka. W nowej wersji historii sygnał zamieniający ulepszonych wszczepami ludzi w zombie nie został wyemitowany na jakiejś zapyziałej bazie oceanicznej, a ogólnoświatowo. Spowodowało to katastrofę na niespotykaną skalę, zginęły miliony, a szczęśliwie ocalali w obawie o własne życie postanowili wprowadzić „mechaniczny apartheid” (otwartą pozostaje kwestia jak im się to udało skoro „naturalsi” już w HR byli w mniejszości, a po Incydencie zostali jeszcze dodatkowo zdziesiątkowani). Sytuacja jest wyjątkowo niestabilna, obie strony konfliktu przeprowadzają krwawe zamachy pochłaniające kolejne ofiary, a znany z poprzedniej części Adam Jensen, obecnie agent Interpolu, zostaje oddelegowany do sprawy pewnego aktu terroryzmu, która okazuje się zataczać znacznie szersze kręgi, wliczając w to znanych z poprzednich części Iluminatów.

mankinddivided3
Prawda, że wygląda jak wybór moralny w stylu „łatwo zaliczyć misję, czy zrobić rzecz, którą zrobiłby porządny człowiek”? No właśnie, jedynie wygląda, bo podobnych sytuacji w grze po prostu nie ma.

Prawda, że na papierze całość brzmi arcyciekawie? Gorzej, że jej wykonanie tak strasznie kuleje. Główny wątek scenariusza Mankind Divided jest nie tylko po prostu nieciekawy, co zwyczajnie źle poprowadzony. Całość urywa się w najciekawszym momencie, tak jakby twórcy postanowili poświęcić spójność opowieści by mieć co upchnąć w DLC i ewentualnym sequelu. W konsekwencji scenariusz nie ma żadnych zwrotów akcji, momentu kulminacyjnego ani nawet porządnego zakończenia, jest zupełnie płaski i przez cały czas ślamazarnie toczy się do przodu nie oferując graczom szybszego bicia serca. Do tego akcja z małymi wyjątkami cały czas rozgrywa się w jednej lokacji, co porównując ze starszym o cztery lata Human Revolution wypada po prostu mizernie. Ale wiecie, opowieść może być dowolnie kameralna, a tempo całości nieskończenie powolne, ale niech całość po prostu składa się do kupy. Ktoś w końcu wymyślił to cholerne „wstęp, rozwinięcie i zakończenie”! Może warto by się było tego trzymać zamiast zachowywać wszystkie asy na przyszłe produkcje? A już sytuacja z „Historiami Jensena”, dodatkowymi misjami dostępnymi wprost z menu głównego jest szczególnie kuriozalna. Jedna z nich, dołączana do Day 0 Edition, z powodzeniem mogłaby znaleźć się w głównej grze, bo nawet nie tyle nawiązuje do podstawowego scenariusza, co nawet ostrzega gracza przed potencjalnymi spoilerami dużego kalibru. Brawo Square, jeszcze nigdy nie skakaliście do mojej kieszeni w tak ostentacyjny sposób.

Zdecydowanie lepiej sprawa ma się z wątkami pobocznymi. Tutaj niemal każda z historii oferuje stojącą na przyzwoitym poziomie fabułę i satysfakcjonujące zakończenie, które ciężko określić w ramach prostej czerni i bieli. Zadania są różnorodne, oferują dobry poziom skomplikowania i są na tyle dobrze poukrywane, że podczas pierwszego przejście gry zaliczyłam ich jedynie 70%. Teoretycznie Mankind Divided nie byłby więc jedynym RPGiem, w którym side questy wydają się nieskończenie ciekawsze od wątku głównego. Problem jest jednak taki, że sama nie wiem czy prequel Deus Exa jeszcze na to miano zasługuje. A wszystko przez koszmarnie okrojone drzewka dialogowe.

mankinddivided4
Gra na screenach wygląda naprawdę fajnie. Zdecydowanie gorzej w ruchu.

I tak jak w Human Revolution mieliśmy nie tylko „bitwy na słowa”, ale niemal każdy dialog można było odegrać na kilka sposobów, tak w Mankind Divided jeśli już pojawi się jakaś opcja to niezwykle rzadko i zazwyczaj jedynie w dwóch przeciwstawnych wariantach. To więc przedziwny przypadek RPG, w którym po prostu siedzimy i oglądamy statyczne cutscenki, w których nasza postać z kimś konwersuje, a każdy wybór sprawia, że  Jensen wygłasza kilkanaście zaprogramowanych wcześniej kwestii. Tak więc tam gdzie w Human Revolution wczuwałam się w każdy dialog i chciałam przejść grę w najlepszy możliwy sposób, tak tutaj ot klepię sobie guziczki na padzie. Żadnego powtarzania skaszanionych misji, żadnej wczówki, która sprawiłaby że zamiast mojego ulubionego patrzenia jak cyfrowy świat płonie, próbowałabym grać porządnym facetem i żadnego zachwytu, który sprawiłby że zarywałabym noce byle tylko powałęsać się po mapie. Ot tam gra, która idealnie pasuje do studenckiej metody „3z”.

A jeśli dalej stwierdzacie, że nie może być przecież z tym scenariuszem tak najgorzej to co powiecie na to, że gra nie potrafi nawet ograć teoretycznie przewodniego motywu mechanicznego apartheidu, który tak się złożyło, że dobrze pasuje do naszej rzeczywistości? No bo niby mamy tych prześladowanych ulepszonych, ale dla naszego bohatera wszelkie niedogodności to jedynie konieczność chodzenia z dowodem osobistym i przechodzenia przez bramki. Niby są gdzieś getta, do których obowiązkowo zsyłają wszystkich, których nie stać na odpowiednią przepustkę, ale dziwnym trafem nigdy nie trafia tam nikt z bliskiego otoczenia Jensena (koszmarnie złe postaci poboczne, które mają charyzmę niesporczaków to osobna kwestia). Niby ulepszeni boją się tego co zrobili podczas gdy stracili nad sobą kontrolę podczas incydentu, ale zawsze jedynie o tym słyszymy. Nie widzimy na ulicach ludzi, którzy desperacko usuwają sobie wszczepy nawet za cenę kalectwa, tak jak w Human Revolution pokazano nam ślepy pęd za ulepszaniem siebie czasem za cenę odrzucenia człowieczeństwa. Niby mamy pokazaną nieufną policję, która tylko czeka by pociągnąć za spust, ale w grze o tytule Mankind Divided aż prosiłoby się, żeby pokazać głęboko przeorane społeczeństwo zamiast zamiatać temat pod dywan, realizując go za pomocą nudnych, statycznych cutscenek wyjątkowo nieudolnie ukrywających ładowanie poziomu.

Technologia? 

Jak może wiecie, nigdy nie byłam szczególnie wyczulona na niedostatki grafiki. Na techniczne niedoróbki jestem w stanie machnąć ręką, tak długo jak jestem w stanie przejść całość od początku do końca. Ale nawet tak wyjątkowo odporna na techniczne niedoróbki osoba jak ja, nie przegapi faktu, że Mankind Divided to produkcja, która wygląda jak skansen. Staro, brzydko i zupełnie na bakier jeśli idzie o najnowsze trendy. A skoro kupiliście już bilet to patrząc na te nieudolne podrygi nie pozostaje Wam nic więcej niż nerwowo się uśmiechać.

mankinddivided5
Nowe ulepszenia sobie po prostu są. Zdalne hakowanie to ułomna minigierka, a reszta to typowo ofensywne popierdółki, z których i tak nie będziecie korzystać grając „po bożemu”

Dawno nie widziałam gry z tak obrzydliwymi modelami postaci. Ludzie w Mankind Divided wyglądają jak odrzuty z fabryki gumowych lalek. Mocap nie istnieje, a gra nawet w oryginalnej wersji językowej prezentuje się niczym zdubbingowany po kosztach film porno. Postaci swoje, dźwięk swoje, kamera swoje i tylko widzowie nie wiedzą co mają począć z oczami. Do tego beznadziejny projekt miasta, które wygląda jak cyberpunk dla ubogich i pojawiające się co rusz identyczne, przydługie wiele wnoszące scenki o jeździe metrem, które wyjątkowo kretyńsko ukrywają ładowanie. Chociaż tu akurat muszą twórcom przyznać, że przynajmniej mają jakieś resztki przyzwoitości. Nudne ujęcia z podziemnej kolejki i tak są lepsze niż wpatrywanie się przez kilkadziesiąt sekund w statyczny ekran pomiędzy zgonem Jensena, a kolejną próbą. Przypomnę tylko, że mamy 2016 rok.

Ale nawet jeśli już przesiedzicie swoje przed ekranem czekając na kolejny loading to… później nie będzie ani trochę lepiej. A to głównie dlatego, że Mankind Divided nie serwuje graczom prawie żadnych nowinek, zamiast tego odgrywając schematy znane z Human Revolution i wyglądając bardziej jak rozbudowane DLC niż pełnoprawny sequel. W tym momencie pewnie zakrzykniecie, że przecież każdą misję da radę przejść na kilka sposobów, czy to skradając się, czy prąc do przodu jak lodołamacz, czy wreszcie rozmawiając z odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. To wszystko prawda i w tym zakresie po raz kolejny Deus Ex oferuje graczom niespodziewaną wolność. Ale przy tym wszystkim gubi swoją własną tożsamość. Najnowszej produkcji Square brakuje czegoś co wyróżniałoby ją od innych (a co dopiero od poprzedniczki), jakiejś mechaniki, której nie widzieliśmy nigdy wcześniej, albo sekwencji która na długo zapadnie w pamięć. Zamiast tego mamy do czynienia z elektronicznym ekwiwalentem gumy do żucia. Początkowo smacznym, ale z każdą kolejną minutą coraz bardziej bezbarwnym i irytującym.

mankinddivided6
Brak mocapu to coś czego nigdy nie wybaczam.

Jeśli chodzi o nowości, to w grze są właściwie dwie. I jasne, nie zmienia się zwycięskiej drużyny i tak dalej, ale czy nie sądzicie, że w produkcji na którą czekaliśmy tyle lat i za którą przyszło nam zapłacić pełną cenę, nie mielibyśmy prawa oczekiwać czegoś więcej? Jasne, słowne bitwy są fajne, czołganie się po korytarzach też, ale to trochę za mało, bym potrafiła się cieszyć produkcją sci-fi. I jasne, że w pewnym momencie zaczynam sie robić strasznie meta, ale jak na cyberpunk, Mankind Divided nieznośnie trąci myszką. I tak z dwóch dodatkowych mechanik, jedną jest w założeniu ciekawy system eksperymentalnych ulepszeń Jensena, które sprawiają, że niektóre z podstawowych zabawek będzie trzeba wyłączyć. Gorzej, że wyszło to po prostu niechlujnie, bo przy założeniu, że tak jak ja liżecie każdą ścianę i nie ruszacie tyłka z lokacji póki nie wyczyścicie mapy, to blokady pozbędziecie się na tyle szybko, że zwyczajnie nie zdąży uprzykrzyć Wam życia. I tu po raz kolejny mam wrażenie, że grę okrojono i coś z niej wycięto nierówno fastrygując resztę (już w Human Revolution mieliśmy do czynienia ze słabo zamaskowanym wykrojonym DLC Missing Link, ale tam przynajmniej reszta gry trzymała się kupy). Jeśli zaś chodzi o drugą nowość to jest nią cienki jak sik węża tryb multiplayer.

Brech, bo o nim mowa, to nic innego niż łażenie po pokojach, dotykanie jakichś bzdetów, zbieranie PD, uciekanie do wyjścia i strzelanie do wirtualnych ludków. Wszystko w szczytnej sprawie oczywiście, bo wcielamy się w hakera usiłującego wykraść dane jakiejś korporacji. Dlaczego ścigamy się przy tym z innymi hakerami? Nie mam pojęcia. Faktem pozostaje jednak, że jest to tryb nudny, sztampowy i wyjątkowo mało odkrywczy. Bo widzicie, może za dużo wymagam, ale sukces produkcji takich jak chociażby Mr Robot pokazał, że hakerskiego rzemiosła nie trzeba na siłę „ufajniać” dorzucając do niego masakrowanie złożonych z pikseli ludzików i błąkanie się po korytarzach niczym w stareńkim Wolfensteinie, a chociażby seria Assassin’s Creed z długą tradycją znajdziek-zagadek pokazała, że nawet w przygodowej grze akcji można wykroić kilka chwil na troszkę bardziej skomplikowaną rozgrywkę. Rozumiem jednak, że wtedy nie byłoby w Breach miejsca na mikropłatności.

Sy-fy

Ostatecznie więc, grając w Mankind Divided nie uciekniecie od poczucia, że gracie w dzieło niedokończone, utkane ze złych i jeszcze gorszych decyzji. Zresztą przyznajmy sami przed sobą, że ta katastrofa zaczęła się już wiele miesięcy temu, gdy z chwilą ogłoszenia preordera, przedstawiono światu kontrowersyjny system bonusów (z którego zresztą bardzo szybko się wycofano) i trwać będzie jeszcze przez jakiś czas, bo w sklepie Waszej platformy bez problemu znajdziecie ulepszenia do trybu multiplayer dostępne za prawdziwe pieniądze, a pierwsze z DLC zapowiedziano na miesiąc po premierze. Dodajcie do tego przykrótką, obciętą i co tu dużo mówić, po prostu bezbarwną kampanię i dostaniecie niedopieczony półprodukt żerujący na renomie oryginału.

I wiecie co jest najlepsze? Mimo że kocham Human Revolution, nawet nie jest mi smutno, że Mankind Divided jest takim niewypałem. Po prostu dlatego, że jestem przeciwna takim obliczonym na zysk produktom. Z których wycina się zakończenie, bo musi być DLC, gdzie scenariusz pisze się na kolanie, bo trzeba zrobić multiplayer, o którego nikt nie prosił i gdzie z jednej strony wyciąga się od ludzi pieniądze za jakieś totalne pierdoły, a z drugiej nie ma nawet tyle przyzwoitości by zaimplementować JAKIKOLWIEK mocap. Skoro Rewolucję mieliśmy cztery lata temu, najwyższy czas by pożarła swoje dzieci.

3
3=/10 – ale to już było, w lepszym wydaniu i chyba nie wróci