Kosmate Myśli

Wszystkie te milutkie (Pusiu jest kobietą część pierwsza)

Październik 11, 2016 — by Pusiek5

main

Kosmate Myśli

Wszystkie te milutkie (Pusiu jest kobietą część pierwsza)

Październik 11, 2016 — by Pusiek5

Nigdy nie poruszałam na tym blogu tematu polityki. Ale jednocześnie mam wrażenie, że w ciągu ostatnich tygodni coś się zmieniło. Że pewne poglądy wyszły poza tumblera i coraz częściej można je usłyszeć z ust „porządnych” dziewczyn. W związku z tym postanowiłam napisać kilka notek o kobiecych bohaterkach w popkulturze. Nie aspiruję do bycia drugą Anitą Sarkeesian, nie jestem badaczką popkultury i nie mam w tym kierunku żadnego wykształcenia. Po prostu czuję ogromną potrzebę dołożenia swojej cegiełki. Nie obiecuję regularności (znam swoje możliwości) i nie wiem ile ten cykl będzie miał części, ale jeśli chcecie poczytać o dyktaturze miłych kobiet, o męskiej narracji czy o tym gdzie feminizm wygrywa świeżością na przykładzie nowego komiksu o Wonder Woman, znajdziek z Mafii 3 czy komiksu „prawie jak Monstress” to obiecuję, że znajdziecie tu coś dla siebie. Pusiek jest kobietą i nie zamierza się tego wstydzić!

Prawdziwa amazonka

Ciężko jest znaleźć równie idealną kobietę co Wonder Woman. Piękna, inteligentna i silna. Zawsze gotowa by stanąć w obronie słabszych, ale jednocześnie nigdy nie walcząca za wszelką cenę. Gotowa wyciągnąć rękę do zgody mimo osobistych krzywd, z gracją łącząca kilka różnorodnych ról. Księżniczka, ambasadorka, córka, Amazonka, superbohaterka. Jakby tego wszystkiego było mało sama Diana, mimo skromnego usposobienia, posiada jedną z bardziej pokręconych origin story w całym głównym uniwersum DC. Nie ważne czy Wasza Wonder Woman, jest córką Zeusa czy glinianą figurką, w którą greccy bogowie tchnęli życie, za każdym razem jest istotą stojącą trochę z boku ustalonego porządku. I chociaż nie ma wiele sensu stwierdzenie, że miliarder przebierający się za latającego ssaka jest bliższy rzeczywistości niż wybranka starożytnych bogów, to jednak nie zmienia to faktu, że Dianie od dawna brakowało pewnej „podróży bohatera”. Tam gdzie Bruce Wayne morderczo trenował, a Superman uczył się wykorzystania swoich mocy w służbie dobra pod czujnym okiem Kentów, tam Wonder Woman urodziła się córką królowej, a potem dostała moce od bogów (czy to w nagrodę za wygrany turniej czy jako część swojego DNA).

milutkie2

Nigdy nie byłam fanką głośnej „identyfikacji” z bohaterami. Nie muszę widzieć na ekranie wiecznie rozczochranej blondynki w różnokolorowych butach, by uznać jakąś postać za „moją” i tą której losy będę śledzić z największym zapałem. I tak potrafię identyfikować się mężczyznami, osobami o innym kolorze skóry niż mój, a czasem nawet w ogóle z postaciami, które z gatunkiem ludzkim nie mają za wiele wspólnego. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób zobaczenie na kartach komiksu (i nie tylko) bohaterów reprezentujących ich samych jest sprawą fundamentalną, jak potem zobaczycie wykraczającą daleko dalej niż fanaberie. I właśnie w tym momencie okazało się, że z Wonder Woman jest pewien problem. Bo o ile bohaterka niewątpliwie jest ważna (w końcu razem z Batmanem i Supermanem tworzy tak zwaną Trójcę) i idealnie pokazuje, że kobiecość nie przekreśla siły i pewności siebie, a odstąpienie od walki nie zawsze jest porażką o tyle wszystko zaczyna się sypać gdy popatrzymy na jej origin story. Jednym słowem. Każda chciałaby być jak Wonder Woman, tylko że aby nią zostać, trzeba było się nią urodzić.

I jasne, że przecież nikt z nas nie jest równie bogaty co Bruce Wayne, albo nie przyleciał z Kryptona, ale o ile w przypadku tych bohaterów ich pochodzenie stanowi pewien dodatek do ich przemiany w superbohaterów, o tyle u Diany jej origin story jest niemal nierozerwalnie związane z jej superbohaterskim rzemiosłem. Ten fakt postanowiła zmienić Jill Thompson w swojej noweli Wonder Woman: True Amazon (Thompson jest autorką rysunków i scenariusza). Jej komiks to prześlicznie wykonana (całość rysowana jest akwarelą) sentymentalna opowieść sięgająca samych początków Amazonek i Themysciry, zamknięta w ramach opowiadanej przez narratora baśni. Diana w jej interpretacji po raz kolejny jest cudownym dzieckiem zesłanym przez bogów załamanej Królowej Hypolycie, ale tym razem wychowana w izolacji hołubiona księżniczka nie wyrasta na Cudowną Kobietę, którą znamy, a rozkapryszoną pannicę przekonaną o własnej wyjątkowości i gotową zrobić wszystko byleby zawsze stanąć na najwyższym stopniu podium. Paradoksalnie mimo że młoda Amazonka w wykonaniu Thompson wydaje się postacią antypatyczną, jednocześnie jest ona nieporównywalnie bliższa tak zwanemu „zwykłemu życiu” niż idealna księżniczka. Z dziecka, które nigdy nie usłyszało „nie” wyrasta więc roszczeniowa kobieta, której ciężko myśleć o czymś więcej niż końcu własnego nosa. W końcu postawa Diany doprowadza do tragedii, a bohaterka (a z nią i czytelnicy) boleśnie uczy się, że Cudowną Kobietą (czy mężczyzną) nikt się nie rodzi, nawet jeśli w jego poczęciu brali udział sami bogowie.

milusie3

True Amazon to komiks podszyty wewnętrznym smutkiem, w którym obserwujemy młodą dziewczynę popełniającą błąd za błędem, a wreszcie zakończony w momencie gdy pokuta Diany dopiero się zaczyna. I chociaż na końcu zostajemy z bohaterką, która obiecała poprawę, to jednak nigdy nie dostajemy pełnego katharsis w postaci Amazonki zmazującej swoje przewiny. Teoretycznie można by zakrzyknąć, że Jill Thompson zniszczyła Wonder Woman. Zrzuciła ją z piedestału i zamieniła w zwykłą dziewczynę niepozbawioną przecież wad. Że już i tak mamy mało superbohaterek więc nie musimy szargać takiej ikony jak Wondie. Tylko, że scenarzystka zrobiła znacznie więcej. Po pierwsze pokazała, że nikt nie jest idealny, nikt nie jest wolny od błędów i że nigdy nie jest za późno na przeprosiny. A po drugie i co ważniejsze, udowodniła wszystkim kobietom i dziewczynkom, że Wonder Woman nie trzeba się urodzić, a jedynie można się nią stać. A na koniec wreszcie wyrwała Dianę z zamkniętego kręgu Milutkich Dziewczynek.

Klub Milutkich Dziewczynek

Wiem, że miało nie być o polityce, ale jakiś czas temu czytałam artykuł próbujący wyjaśnić dlaczego wyborcy nie przepadają za Hilary Clinton, nawet jeśli popierają jej program i przekonania, a w dniu wyborów postawią przy jej nazwisku przysłowiowy „krzyżyk”. W tekście wysnuto wniosek, że to przez wszystkie drobne pomyłki, błędy i potknięcia kandydatki, które możliwe że nie stanowiłyby żadnego problemu gdyby pani polityk była mężczyzną. W artykule wysunięto śmiałą tezę, że Hilary Clinton nie jest lubiana za to za co wyborcy lubią jej kolegów, bo w popkulturze mamy za mało przykładów kobiecych bohaterek (pozdrawiam Bobera!), które nie są najogólniej mówiąc sympatyczne. W tym momencie dopadła mnie konsternacja. A co z Ripley? Co z Katniss? Co z bohaterką Dziewczyny z Pociągu, która nawet nie tyle jest niesympatyczna co totalnie żałosna? Co z dyktatem tzw. Mary Sue każącym każdemu autorowi dorzucać do kobiecych postaci cały worek mniejszych i większych wad byleby nie stać się obiektem drwin?

milusie4

Ale w drugim momencie pomyślałam o Korrze i poczułam się zbita z tropu. W dużym skrócie dla wszystkich, którzy nie oglądali Legend of Korra (wstydźcie się!), główna bohaterka tego serialu animowanego to zdolna władać żywiołami młoda kobieta, która całkiem dosłownie pod koniec każdego sezonu ratuje świat. Jak na tytułową bohaterkę przystało jest więc odważna, wspaniałomyślna, lojalna i zdolna do poświęceń. Ale jednocześnie od samego początku twórcy pokazują nam Korrę jako wielowymiarową osobę niepozbawioną wad. I tak dziewczyna jest koszmarnie uparta, zarozumiała, najpierw mówi potem myśli i najchętniej wszystkie problemy tego świata rozwiązałaby czysto siłowo (wszelkie podobieństwo do autorki tego bloga jest całkowicie przypadkowe). Bohaterka ma złożoną osobowość, a jej wady i zalety co rusz biorą nad nią górę. Czego chcieć więcej, prawda? W końcu Korra to niemal idealne zaprzeczenie pozbawionej osobowości ikonicznej Mary Sue będącej jakimś popkulturowym artefaktem zbierającym w sobie jak soczewka wszystkie przymioty bohaterki doskonałej.

No więc, nic bardziej mylnego. Po zakończeniu pierwszej serii, w której Korra zostaje uratowana dosłownie cudem, a cała przygoda nie sprawia, że jej zachowanie zmienia się choćby o jotę w fandomie zawrzało. Ze wszystkich stron dało się usłyszeć głosy zarzucające bohaterce, że przez cały czas trwania serii się nie zmieniła, jak była niesympatyczna, tak niesympatyczna pozostała i że na końcu nie spotkała jej zasłużona kara, a jedynie rozwiązanie deus ex machina ratujące skórę. Tak, dobrze czytacie. Fani serialu, nie narzekali na brak tzw. character arc bohaterki (bo nie za bardzo byłoby się czego czepiać po 1/4 serii), ani nawet nie na finał z gatunku tych napisanych na kolanie i rozwiązujących wszystkie problemy w 0,3 sekundy, a na to że kobieca postać, która ma dość wyraźne wady nie została ukarana i nie odebrała zasłużonej lekcji pokory. Korra z końca pierwszego sezonu jest równie niedoskonała jak na jego początku. Skandal!

korra1

Jasne, że teoretycznie wszystko dałoby radę złożyć na karb słabego scenariusza (którego Legend of Korra nie ma), ale sprawa sięga znacznie głębiej. Bo jeśli popatrzymy troszkę dalej to okaże, że popkultura pełna jest powszechnie kochanych buców płci męskiej, którzy w swoich kolejnych przygodach nawet nie tyle nie przezywają katharsis co nawet zdobywają nagrody. By wymienić tylko kochanych przez wszystkich Jamesa Bonda, Star Lorda czy Nathana Drake’a. Może naprawdę kobiety obrywają za to, że mają wady za które kochamy mężczyzn?

Bo patrząc trochę dalej i wracając do artykułu o Hilary, ile mamy tych kobiecych bohaterek, które mają wady, a więc po prostu są ludzkie? I mówiąc wady mam tu na myśli autentyczne skazy charakteru, które ma każdy z nas, a nie pierdoły w stylu gapiostwa, niezdarności czy nieznajomości tematu, którymi autorzy obdarzają swoje bohaterki ciesząc się, że uniknęli widma Mary Sue i stworzyli wielowymiarową postać. Policzmy ile jest kobiet, które tak jak Korra dążą do konfliktu w każdej sytuacji? Ile, które jak młoda Diana w wykonaniu Jill Thomspon są aroganckie? Ilu bohaterkom pozwalamy zachowywać się bezmyślnie, ilu okrutnie, ilu uparcie, ilu wyrachowanie by jednocześnie nie wrzucić ich do przegródki z „niesympatycznymi babami”? W końcu nawet filmowa Katniss jest postacią znacznie bardziej złagodzoną niż jej pyskaty, wyrachowany oryginał skoncentrowany (totalna fanaberia!) jedynie na przeżyciu swoim i swojej rodziny.

milusie5

W tym momencie możliwe, że moje czytelniczki zakrzykną, że skoro i tak kobiet w popkulturze jest mało to dlaczego właściwie mamy je teraz „szargać”? Stwórzmy idealne heroiny, realizm przyjdzie z czasem. Nie wysuwajmy się przed szereg tworząc złożone i wielowymiarowe postacie. Nie czas na to i nie miejsce, jeszcze dojdziemy do sytuacji w której szeroka widownia będzie krzywo patrzeć na pozbawione kręgosłupa Lary Croft i pokocha Korry. Z tym,że obecna sytuacja całkiem realnie przeszkadza kobietom. Z jednej strony każąc im dążyć do jakiegoś nieosiągalnego ideału, a z drugiej nie pozwalając błądzić czy popełniać błędów. Jednym słowem wpychając nas wszystkie do Klubu Miłych Dziewczynek.

I zanim pomyślicie, że przecież nie ma dowodu na proste przełożenie wskazujące, że to co ludzie zobaczą w popkulturze, tak będą postępować w prawdziwym życiu to pozwólcie, że podrzucę Wam dwie sytuacje prosto z życia.

stara dobra kurwa

Jakiś czas temu, razem z kolegami pracowałam w weekend żeby wyrobić się ze wszystkim na poniedziałek. Nagle podczas jedenastej z rzędu godziny roboty zgasło nam światło. Wszyscy bali się, że ewentualne zwarcie nie tyle nas opóźni co właściwie uniemożliwi skończenie roboty na czas. A że w towarzystwie to najczęściej ja mam najlepszy refleks, soczyste „kurwa mać!” wyrwało się z mojego gardła. Czym generalnie wprowadziłam konsternację zdecydowanie większą niż ewentualny wielogodzinny zanik zasilania i nawet usłyszałam, że „koledzy nie wiedzieli, że ja takich słów używam”. Najwidoczniej dziewczyny gdy nadepną na klocek LEGO cichutko łkają w kąciku zamiast soczyście zakląć.

milusie6

Jak pewnie wiecie, kilka dni temu odbył się Strajk Kobiet. Tak się stało, że we Wrocławiu jedną z zaplanowanych akcji był przemarsz jedną z głównych arterii miasta, niewątpliwie wiążący się z dużymi utrudnieniami dla kierowców. Gdy zapytałam koleżanek czy biorą w nim udział, jedna z nich (którą teraz serdecznie pozdrawiam, bo wiem że czyta tego bloga!) odpowiedziała mi, że cała inicjatywa jest bez sensu bo tylko zdenerwujemy kierowców. W domyśle, postawimy swój interes wyżej niż czyjś szybki powrót do domu. Pokażemy publicznie, że potrafimy się postawić. Tupniemy nogą i raz położymy nasze na wierzchu. Jednym słowem przez dwie godziny będziemy mieć mieszkańców Wrocławia stojących w korkach totalnie w dupie (ups! przeklinam!). I chociaż wiem, że koleżanka ma jak najlepsze intencje (i nawiasem niech się nie martwi, bo nie dzielę moich koleżanek na lepsze i gorsze ze względu na to czy wzięły udział w marszu czy nie, a tu użyłam jej jako przykładu) to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że część z nas obawia się, że zostaniemy choćby przez dwie godziny jednego dnia w roku, odebrane jako niesympatyczne. I że może gdyby nasz popkulturalny krajobraz wyglądał trochę inaczej, to więcej dziewczyn stwierdziłoby że raz na kilkanaście lat może mieć innych przez kilkadziesiąt minut w dupie. Albo, że gdy się porządnie wkurzą to mają prawo puścić wiązankę.

Ty też jesteś wonder woman

I zanim powiecie, że żądam dyktatu niesympatycznych bohaterek w popkulturze zachowujących się równie żenująco co Adam Sandler w swoich „komediach” to powiem, że szukam po prostu więcej bohaterek złożonych w równiej mierze z wad co z zalet. Dążących do doskonałości, ale nie doskonałych. Popełniających błędy, pracujących nad sobą, dumnie idących naprzód zamiast spuszczać wzrok, Mających idealnie w nosie czy jakiś ogól uzna je za sympatyczne, a jednocześnie pełnych altruistycznych uczuć. Chcę kobiecych bohaterek, które po prostu są ludźmi, nie potrzebuję damskiego Bonda wyciągniętego żywcem z lat pięćdziesiątych. I chcę ich w tej chwili, nie za dwadzieścia lat gdy jedna Hilary z drugą sprawią, że ludzie będą wiedzieć, że kobieta czasem może być po prostu kompetentna, a nie koniecznie puchata jak szczeniaczek. Czy to tak wiele, do kurwy nędzy?!