10 naj

10 NAJgorszych filmów 2016

Styczeń 10, 2017 — by Pusiek0

main

10 naj

10 NAJgorszych filmów 2016

Styczeń 10, 2017 — by Pusiek0

Mało było w tym roku recenzji, oj mało. Co jest o tyle dziwne, że dzięki wykupieniu abonamentu Cinema City Unlimited był to rok, który niemal spędziłam w kinie. Po raz pierwszy spotkała mnie więc klęska urodzaju, a to co przed chwilą przeczytacie to absolutny destylat tego co Hollywood ma najgorszego. Przed Wami więc, obowiązkowa lista 10 NAJgorszych filmów 2016. Skorzystajcie z niej by wiedzieć co omijać, albo do czego broń boże nie zasiadać na trzeźwo. Bawcie się kinem, złe filmy też trzeba czasem obejrzeć, nawet jeśli tylko po to by przetestować swój gust. Co nas nie zabije to nas wzmocni. Chyba.

Pamiętajcie, że jak zwykle film, żeby trafić do zestawienia musiał zostać przeze mnie obejrzany w 2016 roku i w tym samym roku musiała mieć miejsce jego premiera kinowa. Tyle ze spraw organizacyjnych.

Poza Podium:

Wierna/ Piata Fala – bo to durne, nudne, miałkie i absolutnie nieznośne filmidełka dla starszych dzieci, usiłujące ogólny fabularny uwiąd zamaskować a to jakimś pokracznym światem wyglądającym jak odpadki po poślednim sci-fi, a to kosmitami tak skretyniałymi że to cud, że w ich tępych móżdżkach zrodził się jeszcze plan inwazji. Tych koszmarków tylko dlatego nie ma na liście, że oglądanie ich a potem narzekanie, że są słabe przypomina filmowy ekwiwalent schronienia się pod drzewem w czasie burzy, by potem jęczeć, że cię piorun trafił. Trochę mi za siebie wstyd, że wciąż to oglądam.

Batman v Superman – bo jeśli ktoś nie rozumie komiksów, to z czystej ludzkiej przyzwoitości powinien palnąć się w łeb i pójść hodować jedwabniki zamiast szargać ludziom ulubione postaci. Bo jednak można nakręcić koszmarnie nudny film superbohaterski, w którym wszystkie problemy potrafi rozwiązać imię mamusi, w świecie w którym Marvel dyszy w kark. Bo jako fanka DC za każdym razem gdy idę do kina zastanawiam się czy przypadkiem przed seansem nie warto by było się znieczulić, żeby mniej bolało. Kończcie, póki jeszcze macie resztki honoru.

Inferno – bo to film na podstawie Dana Browna z Tomem Hanksem grającym Standardowego Bohatera Toma Hanksa nr 395, Felicity Jones, której bohaterka składa się jedynie z zębów i Omarem Sy, który przyleciał do tego burdelu z jakiejś rzeczywistości alternatywnej, w której pracownicy WHO są agentami lepszymi od Jamesa Bonda. Do tego nuda jak flaki z olejem, pokraczne CGI i fabuła tak durna, że aż się zarumienicie. Z takimi filmami, idźcie do diabła.

10. Księgowy

Jest kilka rzeczy, których nie ogarniam. PiSu, wypełniania PITa i procesów stochastycznych. Ostatnio do tej listy dołączyła kariera filmowa Bena Afflecka. Serio nie pojmuję jak można być całkiem niezłym reżyserem-rzemieślnikiem, mieć brata który jest aktorem więcej niż dobrym i hajsu tyle, by wybierać sobie role i jednocześnie grać w takich szmirach. Okej, okej, już trailer pokazywał film nie podobny absolutnie do niczego, z kulturystą, autystykiem i mafiozem w jednej osobie w roli tytułowej. Przemnóżcie więc tą zajawkę razy pełen metraż i otrzymacie tak koszmarnie nudny film akcji, że podczas projekcji najdzie Was ochota by posprawdzać maile firmowe i pościerać kurze. Ogarnij się Affleck! Batmanowi jednak trochę nie przystoi.

9. Nie oddychaj

Nietuzinkowy, odkrywczy horror mogący stać w jednym rzędzie z „Coś za mną chodzi” lub „Babadookiem”. Jasny dowód na to, że Hollywood potrafi tchnąć w skostniały gatunek nowe życie i znak, że fani horrorów mają na co czekać. Ha Ha Ha. Tyle, że nie. Nie dajcie się zwieść przychylnym recenzjom. „Nie Oddychaj” to bzdurka, której nie idzie się wystraszyć, a która w końcówce zahacza o tak groteskowe ginekologiczne klimaty (serio!), że tylko spróbujcie nie parsknąć śmiechem. Pomysł na odwrócenie ról i zrobienie z niewidomego Rambo (lol!) „potworka” filmu był całkiem niezły, gorzej że w takim wypadku widzom przyszło kibicować wyjątkowo niedorobionym włamywaczom. I już kij z tym, że mam niby sympatyzować ze złodziejami (sama mam w tej chwili dwa mandaty na karku więc serio, nie mnie oceniać wyjętych spod prawa), ale tego że cała trójka ma dwie komórki mózgowe już ścierpieć nie mogę. Temu kto mi to polecił jako dobrego straszaka życzę więcej podobnych filmów w nowym roku.

8. Fantastyczne Zwierzęta i Jak Je Znaleźć

Wiadomo, że obecne Hollywood to jedno wielkie żerowanie na nostalgii. Można to jednak zrobić z klasą i bez klasy. Zastanówcie się więc do której kategorii wpada ten pozbawiony linii fabularnej wyrób filmopodobny, którego z uniwersum Harrego Pottera łączą jakieś stworki ze słabego CGI i osoba typa, który napisał jakąś książkę o głaskaniu fantastycznych zwierzątek. Dołóżcie do tego Eddiego Redmayne’a, który w tym filmie różni się od postaci zagranych w swoich poprzednich trzech produkcjach jedynie nazwiskiem i garderobą, żarty tak czerstwe, że niemal słyszycie jak strzelają Wam zęby, postaci poboczne którymi nie interesuje się pies z kulawą nogą i Johnny’ego Deppa, bo z jakichś powodów reżyserowie dalej chcą go zatrudniać. Do tego jeszcze wyjątkowo mało kreatywnie zaprojektowane zwierzątka wyglądające jak dorysowane w Paincie i czarodziejów tak skretyniałych, że wcale się nie dziwię, że Voldemort postanowił wybić towarzystwo w cholerę. Na całe szczęście wyrosłam z Pottera, bo chyba dostałabym depresji.

7. Brooklyn

Jasne, ja plus melodramat to jak dzielenie przez zero. Nie da się i po narząd męski drążyć temat. Z tym, że wiecie, ja nie sądzę że jestem organicznie niezdolna do wzruszeń, raczej po prostu nie łapię się na kretyńskie pierdu-pierdu, bo przecież miłość i w ogóle wypchaj się z logiczną fabułą! Z tego samego powodu, siedząc na „Brooklynie” miałam ochotę rzucać ciężkimi przedmiotami w ekran, a podczas napisów końcowych nie gwizdałam tylko dlatego, że nie umiem. To melodramat, w którym twórcy nawet nie próbują udawać że mają do powiedzenia jakąś konkretną historię, w którym bohaterka snuje się bez ładu i składu, kolejne sceny następują po sobie bo tak, a ze wszystkich bohaterów najwięcej charakteru ma tapeta na ścianie.  Ale właściwie czego ja się czepiam? Są słitaśne teksty? Są. Są zamiecione pod dywan problemy? A jakże. Są sceny tak milusie i różowiutkie, że niemowlaki wyglądają przy nich jak nudne smutasy? Oczywiście. Zamknijcie więc pyski. Miłość rulez!!!!

6. Jason Bourne

Od jakiegoś czasu cierpię na kinematograficzną narkolepsję. Nudno? Nic nie szkodzi. W trzy sekundy umoszczę się najwygodniej jak się da i odzyskam przynajmniej część czasu, który spędziłabym nad jakimś syfem zawiniętym w błyszczący papierek. Zazwyczaj jednak w kinie trzymam się dzielnie i choćby niewiadomo jak kleiły mi się oczy, jedyne co robię to wymieniam pełne frustracji spojrzenia z cierpiącymi na sąsiednich siedzeniach. A tu proszę, film akcji, a ja sobie przysypiam na całych sekwencjach (nie to żebym traciła coś z fabuły). Gdy jednak okazało się, że zdrzemnęli się nie tylko wszyscy znajomi, ale nawet jacyś kompletnie mi obcy ludzie z innych rzędów to jestem pewna, że kręcąć „Jasona Bourne’a” ludzkość właśnie zbliżyła się do wynalezienia skutecznego leku na bezsenność. Akcja nie ma sensu, montaż się rwie, a aktorzy grają tak, że mam wrażenie że tylko myślą o tym jakby tu spieprzyć z planu. Jeśli zaangażowanie do cyklu Rennera było strzałem w kolano, powrót Damona to już skok na główkę do pustego basenu.

5. Dziewczyna z Pociągu

Przyznam się, nie wierzyłam. Serio, nie sądziłam że da radę stworzyć coś nudniejszego niż książkowy pierwowzór i to jeszcze mając w obsadzie Emily Blunt. Mój błąd. Sądziłam, że zgodnie ze wszystkimi prawidłami, skoro filmy są ZAWSZE gorsze od powieści, to ten jeden graniczny przypadek będzie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Klops. Jest nawet jeszcze nudniej, bo musisz siedzieć na tyłku w ciemnej sali kinowej i podczas oglądania tych bezpłciowych perypetii baby tak antypatycznej, że Krystyna Pawłowicz wydaje mi się przy niej moją dobrą kumpelą do wyjścia na piwo, nie masz nawet jak się oderwać by rozruszać komórki mózgowe. Zapamiętajcie więc dobrą radę na przyszłość. Jeśli całą fabułę filmu da radę streścić w jednym zdaniu, lepiej idźcie pielić ogródek zamiast torturować się w kinie.

4. Dzień Niepodległości: Odrodzenie

Jasne, już jedynka była nieznośnie patetyczna, nie za bardzo chciała się trzymać kupy i nudziła mnie nawet gdy byłam gówniarą wchodzącą wyprostowaną pod szafę. Ale to… Ale to moi drodzy jest po prostu odcinek kretyńskiej bajki dla dzieci jakimś cudem przerobiony na film aktorski. W którym szkolny autobus pełen sierotek prowadzony przez bohaterów pierwszej części po prostu sobie jedzie przez pustynię gdzie naparzają się obcy. Wiecie, serio to już nawet nie jest poziom słabych kabaretów. To już jest niżej niż Kwejk. Dodajcie do tego drewniane aktorstwo, na tle którego Młody Thor ma w sobie tyle scenicznej charyzmy co Maryl Streep, słabe próby podlizania się Chińczykom i dialogi tak suche, że część pierwsza to przy nich Shakespearowski dramat. To jest dokładnie to dno, co puka od spodu.

3. Tarzan: Legenda

Dobra, przyznaję się. Zawsze i wszędzie #TeamMowglie. Ale to jeszcze nie znaczy by film o Władcy Małp wyglądał jak wysokobudżetowa reklama leków na zatwardzenie, na które najwyraźniej cierpi główny bohater. Dorzućcie do tego Christopha Waltza po raz kolejny grającego tą samą rolę i próbującego nabrać wszystkich że ta maniera nie zrobiła się nudna w okolicy „Django”. Do tego wyjątkowo straszne CGI z ludźmi rzucającymi się po lianach w jakiś połamanych pozach i fabuła tak wciągająca, że właściwie doskonale ją streszczał, słaby przecież trailer. Nowy Tarzan jest przy tym tak męcząco nijaki, że nawet nie idzie się przy nim pośmiać, a grający na autopilocie duet Skarsgaard/Waltz sprawi, że zaczniecie rozważać założenie kampanii na Kickstarterze na zebranie dla tej dwójki jakiejś godziwej sumy pieniędzy i zakazanie im grać. Dla dobra społeczeństwa.

2. Neon Demon

Lubię filmowe eksperymenty, lubię rwaną narrację, piękne kadry i fabuły wyrywające się Hollywoodzkim schematom. Czego nie lubię to owijania pewnej brązowej substancji w kolorowy papierek i sprzedawania tego widowni pod hasłem artyzmu. A tym właśnie jest „Neon Demon”. Pustą wydmuszką, przerostem formy nad treścią i obraźliwym rzygiem reżysera wylanym na widzów w ramach rzekomego krzewienia sztuki. Tu nie ma nic poza ładnymi kadrami. Ani bohaterek, do których można poczuć choćby nić sympatii, ani dialogów, ani akcji, ani nawet jakiejś konkretnej historii. Są za to takie smaczki jak nekrofilia i kanibalizm, bo kto reżyserowi zabroni. Refn, chciałeś nas nabrać, ale nie jesteśmy głupi. Bardzo prosimy, następny film nakręć do szuflady. Wróć na ekrany jak dorośniesz. Egzaltacja pasuje tylko nastolatkom.

1. Bogowie Egiptu

Film z CGI wyglądającym jak z remizy. Opowiadający o mitach starożytnego Egiptu za pomocą streszczeń znalezionych na Wikipedii. Ze znanymi aktorami, którzy najwidoczniej mają wiele bardzo uciążliwych kredytów i fabułą tak żałosną, że aż wstyd ją tu przytaczać. Tak, to bez dwóch zdań musiało się udać. Totalne zaskoczenie, że to arcydzieło kinematografii okupuje pierwsze miejsca tak wielu list NAJgorszych filmów 2016. Ale odkładając żarty na bok, ten film jest głupi, frustrujący, zły, totalnie pozbawiony sensu, a jego reżyser jest święcie przekonany, że nakręcił „Siódmą Pieczęć 2”. Ale ma jedną niekłamaną zaletę. Jeśli tylko znajdziecie odpowiednią ilość alkoholu i nie straszna Wam marskość wątroby to da radę go obejrzeć. Wprawdzie frajdy w tym tyle co w podziwianiu katastrofy kolejowej, ale hej, raz w roku można.

Nagroda specjalna dla najgorszego filmu roku:

A teraz przed Wami absolutnie najgorszy film roku minionego, który tylko dlatego nie załapał się na listę i stoi trochę z boku, że nie za bardzo spełnia niezbędne wyroki formalne. Tj. nie miał premiery kinowej. Jeśli jednak nie żal Wam swojego czasu, zdrowia psychicznego i nerwów wzrokowych to przed Wami….

*werble*

(ale serio, ostrzegałam)

komórka

Oglądanie tego filmu, jest jak czytanie swoich nastoletnich wypocin, gdy masz ochotę zapaść się pod ziemię i zastanawiasz się jakim cudem ktoś kto to napisał i Ty to jedna osoba, jak podziwianie najlepszego przyjaciela pijanego w trzy dupy i robiącego coś czego jutro będzie bardzo żałował i jak utknięcie na wyjątkowo beznadziejnej randce naraz. Ten film to kuriozum przeczące sztuce filmowej. Z Johnem Cusackiem, który najwidoczniej postanowił że jeśli unieruchomi twarz w jednym wyrazie to nikt go nie pozna i Samuelem L. Jacksonem, który po raz kolejny przegrał zakład. Z zombie biegającymi jak w Benny Hillu i ostatnią sceną tak kuriozalną, że „Bogowie Egiptu” to przy tym „Faraon”. Jeśli książki kogoś takiego jak King dostają takie ekranizacje, to już wiem czemu piszę wyłącznie do szuflady.

I to by było na tyle. Coś pominęłam? Dajcie znać, z chęcią sprawdzę. Pchanie palca między drzwi jest w końcu takie przyjemne :) No i wpadnijcie za niedługo, na obowiązkową listę Filmów Obejrzenia Których Nie Trzeba Się Wstydzić.