10 naj

10 NAJlepszych filmów 2016

Styczeń 23, 2017 — by Pusiek0

main

10 naj

10 NAJlepszych filmów 2016

Styczeń 23, 2017 — by Pusiek0

Skoro już wiemy co najgorszego w kinematografii miał nam do zaoferowania 2016, czas trochę podnieść się na duchu. Dzięki Cinema City Unlimited udało mi się obejrzeć prawie wszystkie filmy, które miałam zaplanowane na ten rok (no chyba, że nie było ich w moim kinie co znowu nie zdarzało się tak rzadko) i chyba po raz pierwszy od czasu istnienia tego bloga miałam z czego wybierać przy tworzeniu tej listy i ani razu nie musiałam iść na kompromis. Pamiętajcie, że żeby film załapał się do tego zestawienia jego polska premiera kinowa musiała się odbyć w 2016 i w tym samym roku musiałam ten film obejrzeć Przed Wami lista produkcji z osobistym znaczkiem „Pusiek poleca”.

Poza podium:

Zwierzogród – bo to naprawdę dobrze zrealizowane, mądre kino z przesłaniem które jest bardzo na czasie, a jednocześnie nie atakuje widza waląc pointą z półobrotu. Właściwie to ten film pewnie powinien być wyżej, ale z pewną nutką zawodu stwierdzam, że tak jak kupuję historię tak bohaterowie cały czas są dla mnie białą, średnio interesującą plamą. Leniwce rządzą!

Obecność 2 – bo to naprawdę dobry horror głównego nurtu. Nawet mimo tego, że oparty na tzw. „faktach autentycznych” i z cyferką w tytule. Bo miał kilka naprawdę dobrych sztuczek, które przejdą do historii straszaków i nawet jeśli zakończenie ostatecznie nie dowiozło, to jednak fajnie jest obejrzeć dobry horror, ot tak w kinie zamiast szukać go na partyzanta wśród kinematografii niezależnej i egzotycznej.

Niewinne – bo lubię i chcę oglądać dobre polskie kino. Bo temat zrealizowano z wyczuciem, mimo że bardzo łatwo było go przegiąć w którąkolwiek ze stron. Bo aktorstwo jest idealne, historia porusza i mimo kilku dość nieudanych zagrań całość ogląda się bardzo dobrze. Szkoda, to produkcja, którą bardzo często się pomija w tego typu rankingach.

10. Pokój

Dla wielu film roku, dla mnie produkcja zamykająca listę. Bo o ile „Pokój” jest absolutnie doskonały gdy ograniczając przestrzeń akcji potrafi za jednym zamachem opowiadać o cierpieniu, poświęceniu i matczynej miłości, o tyle w drugiej połowie wyraźnie traci impakt. Jakby reżyser sam zgubił swoją historię skupiając się na historii małego Jacka (którą widzieliśmy już wiele razy obok wszystkich Mowgliech i Tarzanów), zamiast skupić się na dramacie kobiety, które skradziono 10 lat życia. Gdy Joy schodzi na dalszy plan, widza trzyma przed ekranem głównie doskonałe aktorstwo młodego Trembley’a, co samo w sobie nie jest złe (umówmy się, w kinie można trafić na zdecydowanie gorsze rzeczy) ale sprawia, że cała historia wydaje się niedokończona, urwana w najciekawszym momencie i niesatysfakcjonująca. Warto obejrzeć, nawet jeśli tylko do połowy.

9. Vaina

Dla wielu to „ten gorszy tegoroczny Disney”, przegrywający w cuglach ze „Zwierzogrodem”. Dla mnie wręcz przeciwnie. Tam gdzie „Vaianie” zarzuca się zachowawczość, ja widzę nowoczesność, gdzie wytyka się brak jasno zdefiniowanego antagonisty, ja widzę nowatorstwo w opowiadaniu historii, a gdzie krytykuje samą bohaterkę, ja widzę księżniczkę na miarę XXI wieku. Piękna animacja, sympatyczni bohaterowie, historia osadzona na ciekawym kulturowym tle i dobre piosenki. Albo mi niewiele potrzeba do szczęścia, albo to świat krytyków filmowych robi się coraz bardziej malkontencki.

8. Psy Mafii

Filmy z Tym Zdolniejszym Affleckiem nie często trafiają w Polsce do szerokiej dystrybucji (to znaczy nie do multipleksów). W związku z tym musimy się zadowolić tym co mamy, na szczęście jeśli chodzi o „Psy Mafii” nie mamy na co narzekać. Gwiazdorska obsada, staroszkolna intryga, fenomenalnie zorganizowane sceny akcji składają się na film sensacyjny, których się już nie robi. Bez udziwnień (i scenariuszowych i realizatorskich) ale i bez babrania się w beznadziei, co obecnie wydaje się absolutnie obowiązkowym elementem składowym filmów o skorumpowanych policjantach. Bardzo dobre, czysto rozrywkowe kino.

7. Ave Cezar!

Już Tarantino kręcąc swoje „Bękarty Wojny” mile połechtał moje serduszko kinomana. Ale to co zrobili bracia Cohen przerosło moje najśmielsze oczekiwania. „Ave Cezar!” to autentycznie śmieszna komedia będąca jednocześnie hołdem dla całego przemysłu filmowego, gdzie niemal każda postać ma swój historyczny odpowiednik, gdzie smaczki dla pasjonatów kina wystrzeliwane są jak z karabinu i gdzie całość rozkosznie rozgrzewa każdą zaplątaną na salę kinową duszę. To przede wszystkim film od widzów, dla widzów. Tak właśnie powinna wyglądać zabawa kinem.

6. Hardcore Henry

To bez wątpienia najlepsza ekranizacja gry komputerowej jaka kiedykolwiek powstała. Mimo że „Hardcore Henry” nie bazuje na żadnym konkretnym tytule to jak żadna inna produkcja, mile łechce gusta zapalonych graczy. Czego tu nie ma? Bzdurna, pretekstowa fabuła, rozpierducha na sto pięćdziesiąt, ciągłe respawny, dama w opałach, zły który wygląda jakby urwał się z jRPGa i przede wszystkim nowatorska, zwariowana praca kamery imitująca widok FPP tak dobrze jak nigdy dotąd i pozwalająca oddzielić prawdziwych hardcorów od mięczaków (na moim seansie ludzie autentycznie wybiegali z kina rzucają przez ramię „niedobrze mi” do swoich współtowarzyszy). W ciągu ostatniego roku nie było filmu, który sprawiłby mi równie dużo bezkompromisowej frajdy.

5. Lobster

Przyznam, że na początku nie przepadałam za „Lobsterem”. Wydał mi się zbyt przekombinowany, rozciągnięty i porwany. Ale im dalej jestem od seansu, tym bardziej go doceniam. Za to że potrafi raz być rozczulająco zabawny, by zaraz stać się bezlitośnie okrutny. Że jedną metaforę wykrzyczy przez megafon, a drugą przykryje czym tylko się da. Że zakończenie wydaje mi się jednocześnie niewystarczające i perfekcyjne. Ten film to jeden wielki paradoks, produkcja której nie chcę oglądać już nigdy więcej i którą jednocześnie naprawdę cenię. Czapki z głów. Właśnie tak powinno wyglądać arthousowe kino.

4. Mustang

Bez wątpienia zbudowany na kontrastach „Lobster” to film, który musiałam przetrawić. Za to wygrany niemal w całości na półtonach (końcówka jest jednak troszkę zbyt dosłowna) „Mustang” kupił mnie od razu. Za pokazanie jak uprzedzenia i źle pojmowana tradycja mogą łamać życia i jak ta niemal metaforyczna głupia młodość potrafi wznieść się ponad cztery ściany więzienia. Do tego dodajcie doskonałe aktorstwo młodych aktorek, co wcale nie tak często się zdarza i dostaniecie bardzo smutny film o sile siostrzeństwa i nowoczesności, które chcąc nie chcąc muszą się zderzyć ze ścianą złożoną z uprzedzeń. Mocne kino nie tylko dla kobiet.

3. Ostatnia rodzina

Teoretycznie jest to produkcja o znanym malarzu, w praktyce to jednak film o rodzinie, która tak samo jak się kochała tak samo potrafiła się unieszczęśliwiać. O uczuciach, ukrytych głęboko pod skórą i nigdy nie wyrażanych, o obsesji, o śmierci i o tym, że chcąc nie chcąc zawsze będziemy stanowić kawałek większej całości razem z ludźmi, z którymi dzielimy nazwisko. A wszystko to doskonale wyreżyserowane, zagrane (nie podzielam opinii że Ogrodnik przeszarżował swoją rolę) i zmontowane. To rzadki przykład filmu, w którym idealnie każda scena ma znaczenie i stanowi kolejny punkt wyjścia. A jeśli dodamy do tego fakt, że „Ostatnia Rodzina” to debiut, to polscy kinomani mogą spać spokojnie. Przyszłość rysuje się w jasnych barwach.

2. Nowy Początek

Dobre sci-fi zawsze będzie miało szczególne miejsce w moim sercu. A „Nowy Początek” (co to za tytuł!) to niemal idealny przedstawiciel swojego gatunku. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że to film który wypada lepiej niż swój książkowy pierwowzór, co nie jest wcale taką łatwą sztuką. To wysokobudżetowe science fiction, w którym nie ma wybuchów, wojny z kosmitami, ani powiewania gwiaździstą flagą. Jest za to nauka (tym razem nie potraktowana po macoszemu), lęk przed nieznanym pomieszany z niemal dziecięcą ciekawością odkrycia co znajduje się po drugiej stronie kotary, a i nawet na filozoficzne pytania znajdzie się miejsce. Hollywood, jak chcesz to potrafisz.

1. Zwierzęta Nocy

Talent niektórych osób sprawia, że robię się chorobliwie zazdrosna i gdybym tylko mogła to zrobiłabym wszystko, żeby ten kawałek geniuszu ukraść dla siebie. Mam tak między innymi z filmami Toma Forda, które potrafią być jednocześnie piękne i mądre, proste i złożone, bezbrzeżnie nudne i trzymające na krawędzi fotela. „Zwierzęta Nocy” to produkcja w której każdy kadr wygląda jak renesansowe malowidło, każdy dialog jak traktat, który można dowolnie rozłożyć na części, a każda scena jak szalona jazda na karuzeli, której kurczowo się trzymasz bo nie masz pojęcia, w którym momencie przyjdzie Ci z niej spaść. To film o kobiecie czytającej książkę, o którym myślałam długie tygodnie. Poproszę o kolejny film, panie Ford. Tak cudownie jest cierpieć z zazdrości.

A jak wyglądałaby Wasza lista? Może macie dla mnie jakieś rekomendacje, bo choć bardzo się staram to na pewno nie obejrzałam wszystkiego? Bo na 2016 w kinie, chyba naprawdę nie mamy co narzekać.