Gulasz z Pusia

Gulasz z Pusia #95

Styczeń 2, 2017 — by Pusiek4

main

Gulasz z Pusia

Gulasz z Pusia #95

Styczeń 2, 2017 — by Pusiek4

Ups! Ostatni Gulasz był w sierpniu. To tyle jeśli chodzi o moje mocne postanowienie poprawy, ale wiecie, jak życie dopadnie nieogara, to potem rodzą się takie kwiatki. Muszę wymyślić co zrobić z tym cyklem. Na pewno dociągnę go w obecnej formie do 100 numeru, choćbym miała paść po drodze, a potem raczej też z niego nie zrezygnuję, bo to obecnie jedyne co jako tako trzyma się tytułu bloga. W każdym razie, sky is the limit. Może kupię nowego laptopa i podbiję YouTube (to było ostatnie ostrzeżenie)? A co w dzisiejszym odcinku? Trzy filmy, którym wystawiłam 10 na Filmwebie (Malkontentka skończyła się na  Kill Them All), duże (jak na mnie) ilości seriali na raz i gry tak idealnie żadne, że to cud, że je skończyłam. Smacznego!

GRY

O Unravel pisałam już jakiś czas temu, ale skończyłam je zupełnie niedawno. Wnioskując z tego, że absolutnie każdy achievement jaki w nim zdobyłam wyskakiwał mi jako rzadki, prawdopodobnie jestem jedną z niewielu, którzy w ogóle zobaczyli napisy końcowe. Bo to w sumie strasznie frustrująca gra. Gameplay z jednej strony jest bardzo prosty i ograniczony, a z drugiej cholernie wkurzający gdy walczysz ze sterowaniem i kamerą. Historia praktycznie nie istnieje, a całość ratuje jedynie muzyka. I gdyby nie moje standardowe wyklinanie na platformówki, to pewnie zasnęłabym nad padem (Pizdupek for the win!).

Mafia 3, och Mafia 3. Elektroniczny ekwiwalent obierania ziemniaków. Czyli nudnej, durnej, powtarzalnej czynności, którą masz ochotę przy pierwszej okazji rzucić w diabły. I tak, wiem że już Mafia 2 to festiwal zmarnowanych szans i w ogóle czego ja tu się spodziewałam, ale powiem Wam, że na pewno nie aż takiej klęski. I już nawet olał bugi, dzięki nim w Mafii 3 przynajmniej COŚ się dzieje, cała reszta to kretyńskie zadania wycięte z jednego szablonu. Teoretycznie ta gra miała wszystko, świeży i niezgrany setting, bohatera który mógł powiedzieć coś ważnego o konfliktach rasowych i starą dobrą sandboxową jatkę. Już nawet podaruję zmarnowaną okazję, by przekazać coś mądrego, przeżyję fabułkę w stylu „rozmontuję mafię z zemsty”, ale tego festiwalu ręcznego zmywania naczyń jakim jest gameplay nie jestem w stanie przeżyć. Bo nawet mimo tego, że dość szybko nauczyłam się wykorzystywać mechanizmy gry (biegłam na Jana, robiłam co mi kazali, ginęłam, a potem odradzałam się z kolejnym kretyńskim zadaniem odhaczonym) to dalej uważam, że stojąc w kolejce w urzędzie tylko po to by pocałować klamkę, spędziłabym czas produktywniej niż przy tej grze.

Jak tylko widzę tę grę to mam ciarki.

Dalej duszę Batmana od Telltale, bo wiecie, achievementy, i tak jak epizod 3 mi się nawet podobał, tak 4 ledwo zmęczyłam. Całościowo jest to więc kolejna opowiastka od tego studia, tym razem nałożona na samograja od DC. I tak, wiem że Batmana znam na wylot, nie lubię dziada i jestem stetryczała, ale to naprawdę jest taki straszny średniak, że o ile nie macie jakiegoś strasznego parcia na achievementy to możecie go sobie spokojnie odpuścić.

Śmieszna sprawa z tymi tytułami. Czasami kompletnie mieszają mi w komórkach mózgowych i sprawiają, że jestem święcie przekonana, że pasują do innej produkcji. Tak było z Buntownikiem Bez Powodu, którego aż do chwili seansu brałam za film wojenny i tak też zdarzyło się z Beyond Good and Evil, które miałam za rozbudowane RGP o pokręconym systemie wyborów moralnych. A okazało się prostą gierką dla dzieci, w której walczę głównie ze sterowaniem i kamerą. I już pomijając, że nie rozumiem fenomenu tej gry (przy Kangurku Kao bawiłam się jednak lepiej) to całkiem na serio boli mnie, że taki dobry tytuł poszedł na zmarnowanie. Serio, widzę oczami wyobraźni serię indie gier RPG, w których wybierasz między urokiem, a sraczką, gdzie każdy wybór powoduje chaos konsekwencji i gdzie nie da rady skończyć gry w taki sposób żeby się nie poryczeć. Ale nie, Beyond Good and Evil to gierka o robieniu zdjęć. Ani Beyond. Ani Good. Ani Evil. I jasne, że znam wiele dobrych produkcji z kretyńskimi tytułami (halo, mieszkamy w Polsce i jakoś musimy żyć z durnowatymi pomysłami nazewniczymi dystrybutorów), i że róża nazwana kompostem pachniałaby tak samo słodko (czy jakoś tak), ale i tak szkoda.

Czemuż, ach czemuż nie jesteś RPGiem?!

A w ogóle to gram teraz w Final Fantasy XV i cud, miód i orzeszki.

FILMY

Tutaj groch z kapustą, jak zwykle.

Albo ja mam wyjątkowo plebejskie poczucie humoru, albo Sausage Party nie było tak złe jak je malują. Jasne, że mnóstwo żartów było niesmacznych i niepotrzebnych, ale koniec końców doceniam czarny humor (zawsze na propsie) i aluzje do teologii, ateizmu i poszukiwania własnej duchowej drogi. Wiecie, nie będę udawać że jest to film, który może iść łeb w łeb z Bergmanem, ale hej, na film pod alkohol jak znalazł!

Tarzan: Legenda to totalna klapa. Zasnęłam w połowie bo zamęczyli mnie na śmierć Skarsgaard, który wyglądał jakby miał ciężkie zatwardzenie i Hans Landa, tfu… dr Shultz, tfu… Blofeld, tfu… Christoph Waltz. Najciekawsze ze wszystkiego były małpy.

Jeśli szukacie prostego, głupiego filmu żeby się odmóżdżyć i trafiliście akurat na Dzień Niepodległości: Odrodzenie, to grzecznie odłóżcie je tam gdzie je znaleźliście, a potem pójdźcie wyszorować sobie mózg. Ilość kretynizmów jakie w nim skondensowano potrafi zawstydzić nawet #dobrazmiana, a całość jest tak żałośnie nieudolnie patetyczna, że już nawet uśmieszek pogardy zastygnie Wam na ustach. Są filmy dobre, złe, nijakie i jest jeszcze najnowszy Dzień Niepodległości stanowiący wzorzec filmu tak złego, że aż złego. Omijajcie szerokim łukiem, z tego nawet nie idzie się pośmiać.

Uwielbiam miasta rozwalane w CGI, które idealnie nikogo nie obchodzą. Nawet bohaterów filmu.

O tym, że widziałam W Samym Sercu Morza przypomniał mi Filmweb. Podejrzewam więc, że albo a) zasnęłam, albo b) jest to idealny film środka, który nie wzbudził we mnie większych emocji niż „jestem głodna”. Sami dopowiedzcie sobie resztę.

Śmieszna sprawa z tą pamięcią. Dałabym głowę, że widziałam już kiedyś Blair Witch Project, ale z drugiej strony pamiętałam go jak przez mgłę. Po powtórnym (?) seansie, stwierdzam że to kolejna z długiej litanii produkcji zapoczątkowujących modę na pewien gatunek, a potem okazujących się jego wyjątkowo słabym przedstawicielem. I tak Blair Witch to niestraszna etiudka o łażeniu w kółko po lesie, sfilmowana trzęsącą się kamerą. Doceniam wkład w kinematografię (chociaż found footage wyłazi mi już bokiem)

Rekinów Wojny nie pamiętam poza scenami z trailera. Serio, biała plama. Oglądacie na własną odpowiedzialność.

Skoro już jesteśmy przy produkcjach dla dzieci, jeśli macie własne pociechy i chcecie ustrzec się bolesnego procesu o zmarnowanie dzieciństwa to za żadne skarby nie pokazujcie im Ratchet i Clank. To wyjątkowo bezpłciowa produkcja, z żartami równie śmiesznymi co mandat za przechodzenie na czerwonym świetle i fabułą tak bardzo żadną, że polskie komedie romantyczne to przy tym wyrafinowana opowieść szkatułkowa. Lepiej pośćcie dzieciakowi Króla Lwa.

Patrzysz na to i nagle nie masz wątpliwości, że wybrałeś właściwą konsolę.

Summer Camp to niskobudżetowy film o zombie, ale nie z gatunku tych bezbrzeżnie uroczych, a tych które dość szybko sprawią, że pójdziecie przeszukać najbliższy barek. Zmarnujcie swój czas przy czymś innym.

Powietrze to z kolei sci-fi pośledniego sortu. Da radę obejrzeć, ale po co?

Koszmar Minionego Lata 1 i to filmy, które ewidentnie obejrzałam za późno. W czasie ich świetności, byłam na tyle mała że byłam święcie przekonana, że jeśli obejrzę horror to najpewniej dostanę zawału i umrę. Tak więc żyłam sobie w nieświadomości, wiedząc o tych produkcjach tylko tyle, że są kultowymi przedstawicielami kinematografii lat 90. Do czasu, aż je obejrzałam i trochę przeraziłam się ich marnością. Ani to straszne, ani ciekawe, ani się kupy nie trzyma. Trzeba było ryzykować atak serca i oglądać 20 lat temu!

Nie powiem, czasem lubię obejrzeć coś dziwacznego, dla samej radości wychodzenia poza strefę komfortu. Tylko, że to coś musi być wewnętrznie spójnie, nie przekombinowane i niesione jakimś przesłaniem, albo chociaż myślą przewodnią by nie stać się pustą sztuką dla sztuki. Niby prosta recepta, ale nie opanował jej reżyser Neon Demon, bo jego najnowszy film to ładny bzdet, w którym sceny latają bez ładu i składu jedna po drugiej, gdzie miesza się na raz kilka gatunku, ale żaden nie wyznacza jakiegoś konkretnego kierunku i gdzie historia sama nie wie, w którym kierunku chce skręcić więc po prostu człapie do przodu bez większego celu. Dla masochistów.

Ale przynajmniej kadry były ładne.

Morgan to zmarnowany potencjał na klimatycznego akcyjniaka z lekko filozoficzno-sci-fiowym sznytem, albo skomplikowany dramat sci-fi z elementami klasycznego kina akcji. W efekcie powstało takie niewiadomo co, gdzie widz co chwilę spogląda na zegarek, albo zastanawia się co ugotować na obiad w scenach dramatycznych, a płacze ze śmiechu w scenach czysto sensacyjnych. Innym razem.

Wizyta to chyba jedyny film Shyamalana, który autentycznie mi się podobał. Miejscami śmieszny, miejscami straszny, z idealnie dozowanym napięciem i momentami odpreżenia, oraz z tajemnicą, z której nie robi się wielkiego halo, a jej wcześniejsze rozwiązanie, nie rozkłada całego filmu na łopatki. Do tego fenomenalni młodzi aktorzy i bardzo dobrze wykorzystana kamera z ręki, I chociaż oprócz kilku jump scenek horror z tego żaden to i tak to jedyny film reżysera, którego obejrzenia się nie wstydzę.

ARQ to produkcja Netflixa, którą wszyscy mi zachwalali. Najlepszy film, o podróżach w czasie, świetne sci-fi i ogólnie pozycja obowiązkowa. Nastawiłam się i jak zwykle się zawiodłam, bo tak zazwyczaj wygląda moja filmowa karma. Co więc dostałam? Bardzo wątpliwie zagrane skrzyżowanie Kevina Samego W Domu, z Na Skraju Jutra, a wszystko utrzymane w konwencji Primera dla ubogich i podlane większą ilością głupot niż przewiduje średnia dla filmów o zabawach z czasem. Netflix ma zdecydowanie bardziej udane zapychacze czasu.

Nerve to z kolei dokładnie takie kino młodzieżowe, o które nic nie robiłam. Modne, mocno osadzone w obecnej rzeczywistości, brawurowe, kolorowe i chociaż na końcu robi się troszkę zbyt moralizatorskie to jednak mimo wszystko całkiem sprawnie podejmuje tematy bliskie sercu każdego nastolatka. To dokładnie takie kino młodzieżowe, które da radę obejrzeć na trzeźwo i nawet przy okazji nie kląć, a jednocześnie na tyle skierowane do młodego odbiorcy, że takie ramole jak ja mogą sobie wygodnie siedzieć w fotelu i myśleć „ja bym tak w życiu nie zrobiła”. Z chęcią obejrzę ewentualną część drugą.

YA, od którego nie biorą mnie mdłości.

Wracając do dziwnych tytułowych skojarzeń. Od zawsze byłam przekonana, że Kosiarz Umysłów to jakiś horror klasy „Ź”. Zdziwiłam się więc strasznie gdy dostałam przaśne, bo przaśne, ale jednak sci-fi do obejrzenia idealnie raz. Mogłam trafić gorzej.

Wiecie, to nie jest tak, że ja nie chcę oglądać polskich filmów. Ja po prostu nie chcę oglądać marnych polskich filmów przy których nie czuję nic prócz zażenowania. Szkoda mi na to czasu, a przede wszystkim nerwów, bo chciałabym żeby rodzima kinematografia miała światowy poziom. Dlatego tak wielką frajdę sprawił mi seans Ostatniej Rodziny. Fenomenalnie zagrana produkcja, nie skręcająca zbytnio ani w stronę dramatu, ani błahej komedii i wysmakowane studium skomplikowanych relacji rodzinnych i tak zwanej banalności życia ludzi wybitnych. Skupione, skoncentrowane, poruszające kino. Jeśli tak wyglądają debiuty to polscy kinomani mają przed sobą świetlaną przyszłość.

Wbrew internetowej opinii, problemem remake’u Ghostbusters nie jest wcale to, że występują w nim kobiety, a raczej to że jest bezbrzeżnie nudny i nieśmieszny. Racja, już oryginał zapamiętałam znacznie lepiej niż ostatecznie okazał się po latach, ale tym razem było po prostu słabo, nawet jeśli tylko przez duchy z CGI. To dokładnie taka produkcja na którą zwyczajnie szkoda czasu.

Sekretne Życie Zwierzaków Domowych to absolutny wzorzec filmu niepotrzebnego. Z najlepszymi scenami umieszczonymi w trailerach, zmarnowanym konceptem i fabułą idealnie żadną. Do tego to bajka pełna głupiej przemocy i żartów na pograniczu dobrego smaku. Ani dla dorosłych, ani dla dzieci. Koszmarek żerujący na sukcesie Zootopii.

Bridget i długo, długo nic.

Dobra, już książkę uważam za wyjątkowo słabą i jadącą jedynie na jakiś dziwnych i niepojętych dla mnie prawach rynku, ale serio spodziewałam się, że choćby Emily Blunt uratuje filmową Dziewczynę z Pociągu. Nic z tego, najwidoczniej po raz kolejny okazało się, że z gówna bicza nie ukręcisz. I tak film podobnie jak powieść ma żałosną bohaterkę, do której nie można poczuć nawet krztyny sympatii, kretyńską intrygę i scenariusz tak nudny, że gwarantuję Wam, że absolutnie każdego wyleczy z bezsenności. Już nie pamiętam kiedy musiałam stoczyć w kinie podobną batalię sama ze sobą by nie zasnąć podczas tych wszystkich pustych scen prowadzących idealnie donikąd. I tylko Emilki szkoda.

Nie jestem fanką Wołynia. Mniej widziałam w nim bohaterów i ich autentycznego dramatu, a więcej pewnej pornografii przemocy, w której pokazywano mi naprawdę krwawe sceny, ale wszystko na jakiś postaciach zbiorowych trzeciego planu. Niby mamy Zosię, jej historię i mnóstwo mocnych scen, ale z drugiej strony dziewczyna jest jakaś tak oddalona i niedookreślona, że nawet ciężko mi ją nazwać bohaterką z krwi i kości. Backgroundu historycznego też nie ma za wiele i tylko zostajemy z tymi hektolitrami krwi, których nie powstydziłby się teen slasher. To bez wątpienia krok w dobrą stronę (bo potrzebujemy kręcić również i takie bolesne filmy), ale za mało w nim typowo filmowej opowieści by wyjść poza utarte ramy krwawego horroru. I mówię to ja, właścicielka wyjątkowo odpornego na makabrę żołądka i fanka straszaków wszelakich. Może innym razem.

Mechanik: Konfrontacja – hahahahaha, nie oglądajcie tego. Ale serio, obiecajcie mi. Uwielbiam Stathama i jego lekko obrażoną manierę, ale to po prostu film tak idealnie niepotrzebny, że i Wy nie musicie marnować na niego czasu.

Osobliwy Dom Pani Peregrine to film, którego nie ogarniam. Póki leci jest całkiem spoko, ot taki mocno ubogi kuzyn pierwszej Narnii, który jednak na tle innych taśmowo produkowanych YA lśni jak najjaśniejszy brylant. Efekty są niezłe, młodzi aktorzy całkiem spoko, cameo znanych i lubianych gwiazd ekranu (Judi Dench!) rozgrzewają serce i tak bez większych bóli da radę wysiedzieć do napisów końcowych. A potem zabierasz pod pachę opakowanie po popcornie, zaczynasz na moment myśleć o fabule filmu, który przed chwilą obejrzałeś i niemal możesz idealnie wskazać moment, w którym wszystko rozsypuje się jak domek z kart. W którym widzisz jakąś upiorną wizję starych dusz w młodych ciałach zachowujących się jak przestraszone bachory, jakąś pokręconą babę przetrzymującą dorosłych ludzi wbrew ich woli i pilnującą ich godziny snu czy wreszcie historię miłosną staruszki z gówniarzem z gimnazjum. A to stanowczo nie są myśli jakie chcę mieć po obejrzeniu lekkiego YA. Lepiej chyba wrócić do marności Zbuntowanej i jej klonów.

Teraz to się trochę jednak brzydzę…

R100 to film, którego prawdopodobnie nie rozumie nikt poza jego reżyserem, ale powiem tylko że scena walki prostytutek-ninja z głównym bohaterem na 100% zostanie Wam w pamięci. Reszta jest milczeniem, a Wy czujcie się ostrzeżeni.

Mustang to film, który polecało mi wiele osób, więc oczywiście z jakiejś mojej chorej przekory wzięłam się za niego dopiero teraz. I chociaż ogólnie uważam, że troszkę przesadzono w nim ze stężeniem dramatu (ale tak ociupinkę) to jednak dalej uważam, że to fenomenalna produkcja. Z bohaterkami, których nie idzie nie lubić, z humorem podchodząca do bardzo trudnych spraw i farsą próbująca rozbić grozę sytuacji. Majstersztyk.

Uwielbiam produkcje rozgrywające się w rzeczywistości alternatywnej. Gdzie świat wygląda podobnie, ale jednak nie tak samo, gdzie znane zasady potrafią w jednej chwili obrócić się o 180 stopni i gdzie zastane reguły Hollywoodzkich scenariuszy mają troszkę mniejsze zastosowaniem. A jednak mimo tego nie podeszła mi Drogówka, polska próba stworzenia pełnowymiarowego filmu rozgrywającego się w równoległym wszechświecie, gdzie stojących na najniższym stopniu drabiny policjantów nikt nie kontroluje, a dni pracy całkiem dosłownie upływają im na dziwkach, wódce i koksie. Gdzie nie istnieje opinia publiczna, dziennikarze i gdzie każdy nie ma smartfona i nie czyha by tylko nagrać wiralowy filmik o zataczającym się, zarzyganym gliniarzu. Gdzie byle krawężnik spod Wawy może się pościgać po ulicach niczym Gliniarz z Beverly Hills i gdzie poczciwa stolica, wygląda toćka w toćkę jak Bronx. A tak poza tym, to wiecie do pewnego stopnia rozumiem to nasze wieczne zafiksowanie na pesymizmie i nieustanne doszukiwanie się złych stron, ale Drogówka to już jednak spora przesada.

Doktor Strange to wciąż jeszcze nie jest „mój Marvel” (najbliżej do tego tytułu było Winter Soldierowi), ale generalnie doceniam troszkę inny pomysł na siebie, nawet mimo tych wszystkich niedorzeczności, którymi naszpikowany był scenariusz. I jasne, że po raz kolejny zmarnowano Mikkelsena, nie wykorzystano do końca potencjału Swinton poza graniem na jej kosmicznej urodzie i ogólnie całość ani na moment nie wyszła poza schemat origin story, ale ogólnie nie było najgorzej. Alleluja i do przodu.

Magowie okładający się po pyskach to jest to co tygryski lubią najbardziej :D

Jestem Mordercą to naprawdę udany kryminał. Z naprawdę ciekawym śledztwem, niejednoznacznymi bohaterami, opowiedziany w czasach gdy Wymiar Sprawiedliwości był zdecydowanie bardziej okrutny niż teraz i nigdy nie brał jeńców. Do tego fenomenalna, poruszająca ostatnia scena i mamy kolejny polski film, którego nie powinniśmy się wstydzić. Panie Smarzowski, proszę się uczyć. Jak widać można nakręcić produkcję o gliniarzach, którym daleko jest do aniołów, a jednocześnie nie popadać w parodię.

Zombie SS zapowiada się lepiej niż ostatecznie wypada. Jeśli więc szukacie filmu, który ukoi Waszą wewnętrzną chęć głupawki to mam w tej notce lepszą pozycję.

Nie za bardzo rozumiem co artysta miał na myśli kręcąc Pitbull Niebezpieczne kobiety. Pierwsza część odświeżonego Pitbulla była naprawdę niezła, nawet jeśli brakowało jej tu i ówdzie. Najnowszy film Vegi to już właściwie zlepek, krótkich scenek, których nikt specjalnie nie próbował łączyć, a całość zespawał rzucanymi bez ładu i składu żartami. I tak film zaczyna się nieźle, by w mniej więcej połowie na 20 minut zamienić się w Mazurską Noc Kabaretową (poziom żartów też zresztą podobny), a na koniec byle jak pourywać wątki. Bohaterów jest za dużo i nikogo nie interesują, bo znikają po dwóch minutach by pojawić się ponownie w jakimś losowym miejscu i czasie, zły jest tak groteskowy, że z powodzeniem mógłby występować w Power Rangers i ogólnie całość dość wyraźnie męczy chaosem i montażem. Już chyba lepiej włączyć losowanie na YouTubie.

Final Fantasy XV: Kingsglaive obejrzałam właściwie tylko dlatego, że co druga recenzja podkreślała, że jest on absolutnie niezbędny żeby zrozumieć fabułę gry. I ogólnie nie wyniosłam z niego wiele więcej niż to, że bardzo podobała mi się animacja i tła, postaci obchodziły mnie w równym stopniu co kwiatki na moim oknie (czyli wcale) i ogólnie całość wydawała mi się jednym wielkim chaosem. Spirit Within miało chociaż jakąś fabułę.

O takie sci-fi nic nie robiłam! Spokojne, wyważone, oparte na prawdziwym rozumie, a nie wybuchach i wojnach. Historia Pierwszego Kontaktu, który jest dziwny, ostrożny i trochę straszny, a jednocześnie wcale nie musi skończyć się we krwi. Do tego dodajcie świetne aktorstwo (tak, nawet Renner mi nie przeszkadzał), dobre CGI i macie cały Nowy Początek, który nie boję się tego powiedzieć wypada zdecydowanie lepiej niż jego książkowy pierwowzór. Pozycja obowiązkowa!

Jeśli gdzieś nie denerwuje mnie Renner to wiedzcie, że coś się dzieje.

Nie Oddychaj to horror, który z niewiadomych powodów często widuję na listach najlepszych straszaków 2016. Bo to najogólniej mówiąc nie jest zbyt straszna produkcja, ani nie jest to coś co za pomocą gatunku próbuje opowiedzieć coś nowego. Ot opowiastka o zgrai idiotów i niewidomym, morderczym Rambo. Można obejrzeć, pytanie tylko po co.

Przełęcz Ocalonych to film, który pewnie byłby całkiem niezły gdyby nie skąpano go w kiczu i kretyńskich deus ex machina byleby tylko wycisnąć z widzów ostatnie emocje. To zresztą dokładnie ten typ filmu biograficznego, w którym najbardziej wzruszycie się oglądając zdjęcia i wywiady z autentycznymi ludźmi umieszczone idealnie na końcu, gdzie reżyserskie lepkie łapki Gibbsona nie zdążyły zamienić poruszającej historii w kiczowatą wydmuszkę i podrasować tego co ma największą siłę rażenia opowiedziane w kameralny sposób. Czekam na remake.

Nie zrozumcie mnie źle. Nigdy nie przepadałam za filmowymi Potterami a i z samego uniwersum mam wrażenie, że zwyczajnie wyrosłam. Jasne, wciąż mam wiele bardzo miłych wspomnień, ale jednocześnie dość jednoznacznie kojarzą mi się z dzieciństwem i nigdy nie odczuwałam potrzeby by zrewidować czy moja fascynacja Potterem przetrwała próbę czasu. Może więc dlatego uważam Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć za film absolutnie fatalny, którego jedynym dobrym elementem był płaszcz Collina Farella. Bohaterowie byli idealnie żadni, Eddie Redmayne nieznośnie manieryczny, łączenie CGI z żywymi aktorami wypadło po prostu koszmarnie, cała intryga nie miała sensu i angażowała mniej niż Dzień Dobry TVN, a całość trwała o dobre pół godziny za długo. Naprawdę nie wiem po co przedłużać tą agonię kręcąc pozostałe cztery filmy.

Zwierzęta Nocy to dla mnie kino totalne. Przepięknie wyreżyserowane, koncertowo zagrane, z fabułą którą można odczytywać na tak wielu poziomach, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Już Samotny Mężczyzna udowodnił, że Ford potrafi kręcić fantastyczne filmy, a najnowsza produkcja tylko potwierdziła jego niekłamany kunszt. Jestem absolutnie oczarowana, ale nie powiem nic więcej. Sprawdźcie sami.

To dokładnie takie film, w którym każdy kadr wygląda jak arcydzieło

A jeśli już szukacie czegoś na głupawkę, to obejrzyjcie japońskie Hentai Kamen. Podziękujecie mi później.

SERIALE

Jak zwykle dawno po wszystkich, ale wreszcie obejrzałam Rick and Morty i podpisuję się pod wszystkimi pochwałami. To jednocześnie naprawdę i inteligentny i naprawdę śmieszny serial animowany, który w mądry sposób kpi ze wszystkich, a pod płaszczykiem ogólnej zabawy próbuje przemycić kilka prostych prawd. Pozycja obowiązkowa.

Szósty sezon American Horror Story, wciągnął mnie na tyle, że udało mi się wytrwać do końca. I chociaż nie kupuję ckliwego zakończenia, a większość twistów udało mi się przewidzieć naprawdę bardzo wcześnie to jednak doceniam zabawę konwencją, nawiązania do klasyki i ogólnie luźne podejście do formuły serialu. Kupuję nawet tą całą metaotoczkę, która tak wielu zirytowała. Tak trzymać.

O Westworld i tym wszystkim czym nie jest, a być mogło napisałam już notkę. Planuję jeszcze drugą, omawiającą wszystkie kretynizmy wyjątkowo nieudanego finału. Jednym słowem więc – ogromny, ogromny zawód i kolejny dowód na to, że lawinowe piętrzenie „tajemnic” to jeszcze nie jest fabuła.

Na koniec wreszcie BoJack Horseman, czyli moje serialowe odkrycie roku. Czarna jak smoła egzystencjalna komedia o beznadziei życia i o tym jak ostatecznie mało znaczymy na mapie kosmosu. Tutaj gagi przeplatają się z gorzkimi obserwacjami, każdy happy end jest tylko chwilowy, bo gdzieś w oddali majaczy kolejny zakręt, a bohaterowie miotają się we wszystkich kierunkach w poszukiwaniu celu. To także jedyny serial, nad którym się popłakałam. Piękna, mądra, przejmująca produkcja dla ludzi o prawdziwie mocnych nerwach. Łatwo jest znieść na ekranie sztuczną krew i plastikowe wnętrzności. Oglądanie serialu, którzy przypomina Ci jak mało tak naprawdę znaczysz wymaga prawdziwych jaj.

Marność, marność i wszystko to marność

I to by było na tyle kochani. Przed nami jeszcze prawdopodobnie kilka notek z podsumowaniem roku 2016, a potem zmiany, zmiany, zmiany. Trzymajcie się cieplutko i do szybkiego zobaczenia!