Gulasz z Pusia

Gulasz z Pusia #96

Luty 20, 2017 — by Pusiek0

main

Gulasz z Pusia

Gulasz z Pusia #96

Luty 20, 2017 — by Pusiek0

Kolejny miesiąc, kolejny Gulasz! I nawet naprawiłam komentarze! I jeszcze wygrzebałam trochę czasu i zamiast ślęczeć nad fanfickiem, napisałam coś tutaj! Zostałam bohaterem na własnym blogu! Czuję się jak czempion świata (serio, każdy wspina się na takie Everesty na jakie mu przyjdzie). A co w dzisiejszym odcinku? Nadrabiamy kino, więc po raz kolejny czeka nas kinematograficzny groch z kapustą, a w nim słabe horrory, niepopularne opinie, klata Fassbendera i Film W Którym Nie Irytował Mnie Chris Pine! Poza tym wkręciłam się w serial (no mówię Wam, miesiąc cudów!) i jak zwykle dałam się zalać tsunami nostalgicznych filsów. Smacznego!

GRY

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, że cały czas gram w Final Fantasy XV. Tylko bóg może mnie sądzić!!!one!one!!

Filmy

Vaiana to jak już może wiecie film, który znalazł się w mojej topce i który jakimś sposobem mimo tego, że jest powszechnie uważany za Tego Gorszego Disney’a 2016™ to jednak zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu niż powszechnie chwalony Zwierzogród. Może po prostu mam w sobie jakąś potrzebę oglądania klasycznych historii opowiedzianych z nowoczesnym zacięciem? Albo mój wbudowany duch przekory stwierdził, że po przeczytaniu dwudziestu tysięcy porównań filmu o zwierzątkach z Blacksadem tylko dlatego, że są w nim zwierzątka równie dobrze mogę sobie porównywać Zwierzogród z Królem Lwem (no co? Też są futrzaki!). W każdym razie, co jak co, ale ja akurat jestem w stanie docenić wojownicze księżniczki. Vaiana górą!

Wojownicze Księżniczki muszą trzymać się razem!

Remake Siedmiu Wspaniałych może jakoś dał by radę, gdyby tak cholernie nie trwonił czasu. Naprawdę jestem pod ogromnym wrażeniem, jakim cudem w dwugodzinnym filmie z fabułą prostą jak budowa cepa (źli ludzie dręczą uczciwych wieśniaków, a szlachetne wyrzutki postanawiają nadstawić za nich karku) nie znalazło się ani pół sceny żeby zarysować bohaterom charakter wychodzący poza archetypy albo choćby szkicowe backstory. A tak dostaliśmy remake klasycznego filmu o odkupieniu i poświęceniu, w którym łatwiej było mi wyszukać nazwiska aktorów na IMDB i posługiwać się nimi, zamiast spróbować zapamiętać imiona postaci. Chyba nie tak to miało wyglądać. Bo wiecie, slashery czyli filmy których fabuła koncentruje się tylko na tym by wszystkich bohaterów malowniczo wybić, to chyba jednak coś innego.

Inferno z kolei możecie kojarzyć z corocznej listy kaczanów. No i jasne. Trailery były do dupy, oryginał prezentuje sobą wartość literacką porównywalną z Grayem (chociaż tam przynajmniej były sceny seksu) i ogólnie cała seria to jasny dowód na to, że nawet aktorzy pokroju Toma Hanksa muszą płacić rachunki. Ale to co się odjaniepawla w tym filmie to przechodzi wszelkie granice. WHO przy którym MI6 z Jamesa Bonda wygląda jak Bojówka Maciara, intryga szyta tak grubymi nićmi, że Indiana Jones to przy tym film dokumentalny i aktorzy, którzy wyglądają jakby dopiero wyszli od dentysty po wyjątkowo ciężkiej ekstrakcji zęba. A jeśli ten opis Was bardziej zachęcił niż odstraszył to czujcie się ostrzeżeni. Inferno to film tak nieporadny, że oglądanie go przypomina śmianie się z kogoś kto się przewrócił. No może i zabawne, ale zdecydowanie nieeleganckie.

Spoko Tom, my też mamy kredyty!

Księgowy, hi hi hi. Czyli jak może wiecie, film który sam nie wie czym chce być, ale na pewno nie udaje mu się być kinem sensacyjnym. Do tego koszmarne aktorstwo, logika której ktoś najwidoczniej nie zaprosił na plan i mamy film potrzebny jedynie Benowi Affleckowi, żeby po raz kolejny udowodnić wszystkim naokoło, że genetyczna loteria talentu niestety nie jest zbyt sprawiedliwa. Następnym razem na pewno się uda, Ben.

Miesiąc Miodowy to wcale nie zgorzej zaprojektowany horrorek. Rozpisany właściwie jedynie na dwójkę aktorów, z niezgranym motywem i całkiem zgrabnym zakończeniem. A jednak ostatecznie nie mogę go Wam z czystym sumieniem polecić, bo całość wydawała mi się jakąś taka niedorobiona i nieporadna, ewidentnie zabrakło budżetu, silniejszej reżyserii i ostatnich sznytów. Ot taka sadzonka dobrego filmu, której nikt nigdy nie pozwolił wykiełkować.

Nigdy nie umiałam się prawdziwie jarać Star Warsami więc i Łotr 1 niespecjalnie mnie porwał. To już drugi film z tego uniwersum pod rząd, w którym kibicuję tym złym, bo nie dość że mają lepsze stylówy, to i ich plan jest jakiś taki logiczniejszy, a i charakteru nawet mają trochę, nie to co ci po jasnej stronie mocy ograniczeni do tego, że są odważni i szlachetni. Zresztą Łotr 1 cierpi na tą samą chorobę co Siedmiu Wspaniałych. Kompletnie nie radzi sobie z zarysowaniem postaci, latając z jednej strony galaktyki na drugą i nie zawracając sobie głowy tym, że w finale powinnam uronić łzę nad smutnym losem trybików rebelii, a zamiast tego zastanawiam się nad tym co zjeść jutro na obiad. Do tego jak zwykle sceny kosmicznych bitew mają w sobie tyle napięcia, że oglądając codzienny raport smogowy skuteczniej podnoszę sobie ciśnienie niż oglądając wysiłki wielu Bothan co zginęło. Tylko, że właśnie. Tam gdzie w Battlestar Gallactica mieliśmy zarysowane postaci i związki między nimi, a o każdy jeden stateczek w kosmosie można się było denerwować, w Łotr 1 mamy jakąś bezładną masę mięsa armatniego pojawiającego się znikąd. Ja już chyba z tego wyrosłam.

Pamiętajcie, że w tym filmie był tylko jeden wątek romantyczny i to wcale nie ten między postaciami Felicity Jones i Diego Luny!

Praktykant to film, którego nie spodziewałam się polubić i właściwie obejrzałam go tylko dlatego że leciał w telewizji podczas  Świąt i można było go wcisnąć między (metaforyczną oczywiście!) wódkę, a zakąskę. Ta cała produkcja wydawała mi się jakaś z zupełnie innego świata do którego nie psuję i który nigdy nie będzie w stanie mnie zainteresować, a jednak bawiłam się na niej lepiej niż na filmach teoretycznie idealnie skrojonych pod moje gusta (na ciebie patrzę, Łotr 1). Jest tu dużo ciepła, a jednocześnie ważne życiowe problemy nie zostają zamiecione pod dywan czy rozwiązane jednym bukietem róż. I choć nie jest to może film, do którego będę często wracać to jednak okazało się, że czasem warto zaryzykować.

Uśpieni to film, którego w ogóle nie pamiętam, mimo że mnie nie uśpił (he he he). Także tego.

183 Metry Strachu to z kolei całkiem sprawne kino o rekinach (które jak wiemy jest zupełnie osobnym gatunkiem, do którego należą takie arcydzieła jak Piekielna Głębia czy Sharkanado). To znaczy tytułowego strachu było tu jak na lekarstwo, ale jak na taką klasyczną survivalówkę to wyszło naprawdę całkiem nieźle. No i Steven Seagull rulez!

Nie należę do tej grupy ludzi, która uważa że Pasażerowie to film szkodliwy. Co w sumie jest trochę dziwne, bo od małego nienawidziłam motywów z miłością romantyczną rozwiązującą absolutnie wszystkie twoje problemy. I wiecie to samo jest w tym filmie. Hej-ho romansik podszyty syndromem sztokholmskim i już zamiatamy pod dywan poważne filozoficzne dylematy, które w sumie cholera wie po co w ogóle wyciągnęliśmy na światło dzienne. Z tym, że moim zdaniem żeby film miał naprawdę szkodliwy potencjał musi być albo a) popularny albo b) zakamuflowany jako „głęboka produkcja z przesłaniem”. Z czego Pasażerowie nie są ani jednym ani drugim, bo w kinach pojawili się chyba tylko ci co nie załapali się na seans Łotr 1, a dwie godziny biegania po statku w rytm wybuchów raczej trudno zaliczyć do zbioru rzeczy głębokich. Tak więc to film absolutnie na raz, do zapomnienia, koncertowo marnujący swój potencjał mimo że zaczynał z wysokiego C i w którym jedyną rzeczą godną uwagi jest design statku kosmicznego. Nie bójcie się więc, że to filmidełko skrzywi komuś móżdżek. Szkoda na to nerwów.

Jennifer Lawrence(nie, nie Lopez :D) jest jak jemioła. Dopóki nie było jej na ekranie Chris Pratt naprawdę nieźle grał!

Nie mam pojęcia po co Spielbergowi był BFG, a tym bardziej po co reklamowano go jako E.T. na miarę naszych czasów. To bardzo nudna, infantylna produkcja, kompletnie pozbawiona jakiejś wyraźnej, irygującej linii fabularnej, a dodatkowo zaludniona jakimś tabunem postaci, które obchodzą widza równie mocno co cykl rozwojowy niesporczaków. Dzięki bogu, że jestem tak stara, że pamiętam Spielberga jeszcze zanim zaniemógł na uwiąd twórczy.

Zęby miały być odważne, straszne i trochę obrzydliwe. Z czego naprawdę wyszło to ostatnie i to nawet nie dzięki jakimś okropnym scenom gdzie jucha leje się po ścianach (Puśki lubią (✿◠‿◠) ), a bardziej w stylu Srpskiego Filmu (kto widział ten wie o czym mówię, kto nie widział niech grzecznie idzie pobawić się klockami). Generalnie więc moje jedyne przemyślenia po tym filmie to:

Diabelska Plansza Ouija to film na którym zasnęłam. Chyba. To znaczy tak mi się wydaje, bo nic z niego nie pamiętam. Ale ponieważ sam tytuł mówi o tej produkcji absolutnie wszystko to możemy kolektywnie przyjąć, że ją skrupulatnie obejrzeliśmy, a potem się rozejść.

Koreański Lament to przedziwna produkcja. Po pierwsze film jest bardzo długi i wyraźnie rozpada się na dwie połowy o zupełnie innych założeniach i rytmach. Pierwsza to taki spokojny kryminało-dramat psychologiczny, a druga to już jazda bez trzymanki z demonami, zombie i psychodelicznymi klimatami. Teoretycznie całość przypomina zupke-śmieciuszkę do której wrzucono absolutnie wszystko co akurat znajdowało się w lodówce, ale w tym szaleństwie jest metoda, nawet jeśli film momentami dość wyraźnie nuży. Jest w tym wszystkim jakaś niespotykana reżyserska odwaga, która sprawia że Lament nie bierze jeńców, sam wytycza sobie ścieżkę po taśmie filmowej, a Ty drogi widzu, zawsze przecież możesz wyjść z kina jak coś Ci nie pasuje. Obejrzyjcie sami, bo ten film to przedziwny most między wschodem, a zachodem i gatunkami pozornie nie do pogodzenia. To też produkcja, która musicie dobrze pogryźć i przetrawić, a najlepiej smakuje kilka dni po seansie. Prawdziwie bezkompromisowe kino.

Dla wrażliwców sprawdzających każdy film na doesthedogdies.com – the dog dies.

Sing to naprawdę przyjemna animacja. Mówiąc szczerze spodziewałam się zrzynki ze Zwierzogrodu, ale ostatecznie dostałam coś w stylu Muppet Show, o dzielnych zwierzątkach ratujących swój teatr. Żarty są spoko, piosenki wpadają w ucho (szkoda tylko że nikt nie pokusił się o ich przetłumaczenie dla widzów mniej władnych w angielskim), a całość ogólnie jest tak milutka i puchata, że aż nie idzie się nie uśmiechnąć. No i Marcin Dorociński, nawet jako Koala, zawsze na propsie ♥

Armię Boga obejrzałam, bo napisał o niej Ted Chiang w przedmowie do jednego ze swoich opowiadań. I jak to często z inspiracjami bywa, prawie nic z niej nie pamiętam podczas gdy opowiadanie mam cały czas w pamięci. Wniosek jest tylko jeden, jak chcecie obejrzeć coś o aniołach, to lepiej przypomnijcie sobie Dogmę.

Blair Witch 2, hahahaha! Nie.

Królowa Potępionych to cios poniżej pasa dla wszystkich fanów Wywiadu z Wampirem. Nie tylko zamieniono cudownie szarżującego Toma Cruise’a na jakiegoś kompletnie pozbawionego charyzmy gówniarza, ale dodatkowo cały film wygląda jak pozlepiany z dwudziestu wątków, nakręcony w garażu i zmontowany w kuchni fanfick. Od Draculi do Zmierzchu za pomocą jednego sequela. To też jakiś talent!

Ok, Assassin’s Creed złamało mi serduszko więcej niż raz, ale co mogło pójść źle w filmie, którego podobały mi się wszystkie trailery (nikt nie jest doskonały) i gdzie po ekranie biega półnagi Fassbender? Ano wszystko. Tak więc ostatecznie zgadzam się ze stwierdzeniem, że ta produkcja to jakiś koszmarny wyrób filmobodobny, a jednocześnie muszę przyznać, że naprawdę mi się podobał. Jasne, ludzie którzy tak jak ja nie ograli wszystkich części gry prawdopodobnie nie mieli pojęcia co się do cholery odjaniepawla na ekranie, nawet ja widziałam że bohaterowie są w najlepszym przypadku kompletnie pozbawieni charakteru i całość ani trochę nie trzyma się kupy. Tylko co z tego? Kupuję nowego Animusa, kupuję wszechobecnego orła, Charlotte Rampling jako nowego Mistrza Templariuszy i Desmonda Calluma, którego wreszcie nie musimy się wstydzić. I to nawet mimo tego, że walki w tym filmie uważam za wyjątkowo nędzne. Drugiej części pewnie nie będzie. A szkoda. Każdy film jest znośny jeśli doda się do niego nagą klatę Fassbendera.

Oczywiście, że na moim blogu Fassy jest w koszulce, Wy zboczuchy!

Powidoki to nie jest udany film i niech najlepszym tego dowodem będzie, że jego absolutnie najlepsza scena pojawia się zaraz na początku i film już nigdy jej nie dorównuje. Całość jest ciężka, przegadana, mało filmowa i pozbawiona duszy i nie mówię tutaj tylko o małej Zamachowskiej, która gra jak robot. Temat ciekawy, film ważny, ale jednocześnie tak koszmarnie nieudany, że mnie to aż fizycznie boli. Wychodzi na to, że Boguś Linda, chociaż wyrażał się wybitnie nieparlamentarnie, to jednak miał rację.

Konwój to takie trochę podchody pod kino czysto gatunkowe. I generalnie jest naprawdę nieźle (i nie mówię „nieźle jak na polskie warunki”, bo nie znoszę tego określenia) pomijając właściwie ledwo liźnięte sylwetki bohaterów, zakończenie napisane na kolanie i jakieś takie durne stanie w rozkroku między zasłanianiem akcji, a tłumaczeniem wszystkiego widzowi jak krowie na rowie. Jeśli jednak miałabym wybrać polski film sensacyjny końcówki roku to stawiam na Konwój zamiast na kabaretowego Pitbulla.

Nie ogarniam hype’u na La La Land. Podobno dlatego, że nie jestem marzycielką, romantyczką i ogólnie jestem martwa w środku niczym dziecko z Powidoków. Ale już odkładając na bok tę zbiorową histerię, która doprowadza mnie do szału, a która sprawia że internetowy hive-mind staje się autentycznie urażony w momencie gdy głośno powiesz, że Kra Kra Kraj ma swoje wady, to ja naprawdę uważam że to nie do końca udany film. I tak, wiem że moje marzenia nie wykraczają wiele dalej niż „wyspać się” i że istnieją gdzieś na świecie pierścienice o bogatszym życiu uczuciowym niż ja. Pomijając więc personalne preferencje, ten film w środku koszmarnie gubi tempo. Na początku mamy rasowy musical z jedną piosenką wskakującą zaraz za drugą, na końcu długą, niemal teatralną sekwencję, a w środku jakieś pitu-pitu z jednym obowiązkowym romantycznym pianinkiem i obśmianą popową piosenką, bo przecież to jazz jest tutaj cool. Serio, nie tak się robi musicale, żebym ja w połowie przysypiała! Ale otwierająca piosenka zawsze na propsie, przesłuchałam już z tysiąc razy. PS. Ten film skończył się happy endem. Handlujcie z tym.

Ale jedno trzeba powiedzieć – kolorki to ten film ma obłędne!

A tu proszę państwa film, który jeśli zgarnąłby Złotego Golasa to nie miałabym nic przeciwko (choć mój faworyt trochę dalej) czyli Manchester by the Sea. Surowy, ciężki, gniotący widza, niełatwy w oglądaniu i do tego koncertowo zagrany. I chociaż ostatecznie z filmu wycięłabym z pół godziny, żeby całość uczynić troszkę bardziej zwartą to jednak nie zmienia to faktu, że podziwiam brak lezienia na skróty. Bo jest to produkcja, która nie podaje niczego na tacy i nie oferuje łatwych rozwiązań. A do tego zakończenie jest po prostu doskonałe. O takie kino obyczajowe nic nie robiłam.

Naprawdę nie rozumiem hejtu na Sztukę Kochania. To znaczy jasne, książka Wisłockiej to już taki troszkę skansenik i może rzeczywiście nie powinniśmy jej podawać współczesnemu widzowi bez dwóch słów komentarza i jasne, niektóre sceny mogą wydawać się w najlepszym razie potraktowane zbyt skrótowo. Ale tego powszechnego jęku zawodu, że oto znowu mamy seks pokazany zachowawczo to serio nie ogarniam. Bo między Greyem (zero fabuły, zero seksu), a Love (zero fabuły, dużo seksu) mamy jeszcze całe spektrum filmów i kurcze jeśli ktoś liczył na odważniejsze momenty to nie wiem, może powinien sięgnąć po kino różowe? Bo ja nawet w filmie o autorce książki o seksie nie szukam niewiadomo jakich wygibasów. Ale może jestem dziwna.

Resident Evil: Ostatni Rozdział to idealny film jeśli akurat macie zmęczony mózg. Fabuły w tym zero, sensu jeszcze mniej i właściwie jedyna myśl jaka Wam przejdzie przez głowę podczas seansu to żarliwa prośba skierowana w stronę kosmosu, by wyglądać równie dobrze w wieku Mili Jovovich, co… no Mila Jovovich właśnie. Trzymajcie za mnie kciuki!

Jackie mogła być typowym filmem biograficznym. Zamiast tego autorzy stworzyli bardzo kameralny portret żałoby, w którym od przedstawienia faktów ważniejsze są uczucia. Kamera prawie cały czas skupiona jest na Natalie Portman (która gra tu chyba życiówkę), całość płynnie skacze po kilku planach czasowych i nawet wyjątkowo spartaczone tłumaczenie nie jest w stanie zepsuć tego seansu. Spodziewałam się laurki, a zamiast tego dostałam autentycznie przejmujący film, który zostanie ze mną na długo.

Natalie Portman ani trochę nie wygląda jak Jackie. Za to gra koncertowo.

LEGO BATMAN to z kolei film, który okazał się zdecydowanie lepszy gdy równolegle rozgrywał się w mojej głowie. Prawdopodobnie nie jestem tutaj statystycznym widzem, bo uniwersum Gacka znam naprawdę dobrze, ale kurcze jeśli oglądając produkcję o Batmanie co chwilę czekam na smaczki, z których można było zbudować naprawdę dobre żarty i dla fanów i dla tych mniej obeznanych w temacie, a zamiast tego dostaję jakąś produkcję dla dzieciaków to serio trudno powstrzymać jęk zawodu. LEGO: BATMAN to właściwie film, w którym tytułowego bohatera można by zamienić kimkolwiek innym, a i tak ostatecznie dostalibyśmy to samo, z tak koszmarnie generycznym scenariuszem mamy tu do czynienia. I serio, jeśli tak wygląda „najlepszy film od DC w tym roku” to pozwólcie, że poczekam na Wonder Woman.

John Wick 2 właściwie to trochę mnie wynudził. Jasne, póki była akcja było co oglądać, ale wystarczy że bohaterowie akurat nie zasypywali się gradem kul, a mnie ogarniała senność. Jest jakieś takie stężenie wygłaszanych śmiertelnie poważnie głupot, których nawet ja nie dam rady znieść. I nie, nie ruszają mnie gadki jak to Keanu trenował do roli. Serio, phi. Wojownicze Księżniczki robią to samo. Tylko, że na obcasach.

Obejrzałam Milczenie i już się nie dziwię czemu ten film właściwie pominięto w oscarowym wyścigu. Jak w XXI wieku możemy jeszcze kręcić takie laurki pokazujące jak to jedna kultura trzyma wyższość moralną nad drugą?! Mniej więcej przez 80% filmu całość była niemal areligijna, pokazująca że wszyscy mają w równym stopniu krew na rękach, że każdy wierzy w gruncie rzeczy po swojemu, że zło jest uniwersalne, a nie przypisane do jakiejś jednej kultury i że wpieprzanie się z buciorami krzewić jedynie słuszną ideologię to może nie jest najlepszy pomysł. Ale nie. Potem Bozia przemawia coby wszyscy się pokapowali czyja racja jest najmojsza, kto tu pójdzie do nieba, a kogo diabełki będą dźgać widełkami. Dawno mnie żaden film tak nie wkurzył.

Moonlight to mój osobisty oscarowy faworyt. Delikatna, subtelna opowieść o poszukiwaniu własnej drogi, o tym jak środowisko, w którym przyszło nam się wychować narzuca nam pewne ścieżki i jak niewiele potrzeba by wpaść w utarte koleiny. Do tego znakomite zdjęcia, piękna praca światła, doskonałe aktorstwo, a całość zrealizowana z tak wielkim wyczuciem, że generalnie czapki z głów. Jeśli ten film nie dostanie Oscara to Akademia złamie mi serce.

Habemus Najlepszy Film 2016!

Wiedziałam, że ten dzień kiedyś nadejdzie. No więc w końcu obejrzałam film, w którym nie irytował mnie Chris Pine, a okazał się nim Aż do piekła. To naprawdę sprawnie zrealizowany niestandardowy thriller, który ani przez moment nie wpada w kino czysto gatunkowe i który nie traci artystycznego zacięcia. A dodatkowo nawet Jeff Bridgies tunie irytuje. To znaczy irytuje, ale tak ma być. Całość jest zwarta, mocna i bezkompromisowa, i choć Oscarów tu nie przewiduję to i wstydzić się nie ma czego.

Seriale

Nikt nie spodziewał się Hiszpańskiej Inkwizycji, tak jak nikt nie spodziewa się, że Pusiek wkręci się w jakiś serial. I to nie jakąś tam głęboką i artystyczną produkcję, a teen dramę i „Twin Peaks dla dzieciaków” w jednym czyli Riverdale! Nic więc na to nie poradzę, że mam słabość do tego show gdzie wszyscy są piękni, całość podkręcono do jakiejś dziwnej przesady, a każdy odcinek kończy się takim cliffhangerem że masz ochotę przewinąć życie do kolejnego piątku. Piekło zamarzło.

Niczego nie żałuję!

A tutaj z kolei formalność, po sezonie 2 nadal kocham Voltrona. I to nawet mimo usilnych wysiłków mojej Siostry by mi go obrzydzić udowadniając, że w kolejnych 13 odcinkach mało kto dostał jakiś konkretny wątek, a postaci to dalej chodzące archetypy. Mam to gdzieś bo nostalgia, wielkie roboty i przystojni animowani chłopcy. In your face haters!

I to by było na tyle, jesteście wielcy że dotrwaliście aż tutaj. Buźka!