main

10NAJlepszych filmów 2012

10NAJlepszych filmów 2012

Styczeń 7, 2013 — by Pusiek13

10NAJlepszych filmów 2012

Zawsze uważałam, że gdy powiedziało się „a” to należy powiedzieć i „b”. Zresztą nawet Malkontentka nie może być aż tak krytyczna by podczas długich trzystu sześćdziesięciu pięciu dni w roku nie obejrzeć ani jednej produkcji, która by się jej podobała. Poniżej więc, w odpowiedzi na 10NAJgorszych filmów 2012, spis filmów, które z czystym sumieniem mogę Wam polecić. Nie traktujcie tylko tej listy zbyt serio. Po pierwsze nie widziałam wszystkich filmów wyprodukowanych anno domini 2012 (a mówiąc szczerze to nie widziałam kilku filmów nagradzanych i uznanych za bardzo dobre produkcji np. „Miłości” czy „Zupełnie Innego Weakendu”), po drugie nie ukrywam, że w ostatnim roku oglądałam najwięcej produkcji mainstreamowych i troszkę zaniedbałam kino offowe. Przez co ta lista może Wam się wydać zbyt przewidywalna i zachowawcza. I już zupełnie na koniec, pamiętajcie, że zawsze namawiam Was do własnych filmowych poszukiwań – ta lista to tylko przewodnik od czego zacząć jeśli macie ochotę na wieczór w stylu Puśka.

Tuż za podium

Dziewczyna z Tatuażem – bo choć nie jest to najgorszy z filmów Finchera, ale i do najlepszego sporo mu brakuje, to jednak wciąż wciągający niczym bagno thriller z gwiazdorską obsadą. Dowód na to, że amerykańskie remaki filmów zza oceanu to nie zawsze sparciałe produkcje

10. Artysta

Jest w tej produkcji coś takiego co każdorazowo poprawia mi humor
Jasne, przerost formy nad treścią, filmowa wydmuszka bez większej głębi i jaskrawy dowód na to, że film ładny wizualnie może odnieść sukces nawet jeśli jest jednocześnie najbardziej sztampową opowiastką świata. Tylko co z tego skoro oglądając „Artystę” można poczuć się jak w starym kinie z epoki, odnaleźć w sobie nostalgię za starymi, dobrymi czasami filmu czy wreszcie podnieść się na duchu, bo „Artysta” to film bardzo krzepiący. I to chyba najważniejsze co można o tej produkcji powiedzieć. Jest sympatyczna, optymistyczna i trzpiotowato zabawna. Niczym kubek gorącej czekolady w mroźny, zimowy dzień.

9. Rzeź

Zaczyna się bardzo niewinnie, ale z każdą minutą robi się coraz straszniej
Pozornie prosta, kameralna fabuła dość szybko przeradza się w wyjątkowo udane studium ludzkiego zakłamania i zamotania w kłębowisku konwenansów. Skoncentrowana na iskrzących dialogach „Rzeź” ani przez moment nie traci tempa, jest niczym lokomotywa z wiersza Tuwima – rozpędzona maszyna, która rozjedzie cię na placek. Prawdopodobnie to najlepsza ekranizacja sztuki teatralnej ostatnich lat, perfekcyjnie przeniesiona na ekran gorzka komedia. I tylko chomika żal.

8. Nietykalni

To przede wszystkim film o przyjaźni i o przyjemnościach życia
Czyli dowód na to, że sukces finansowy i ogromna frekwencja w kinach nie zawsze musi oznaczać rezygnację z artystycznego zacięcia czy przycięcie nieeleganckich wątków pod gust masowej publiczności. Wzruszająca historia pozbawiona z jednej strony zbytniego patosu, a z drugiej przesadnego dramatyzmu w naprawdę lekki i niewymuszony sposób pokazuje życie osób niepełnosprawnych. Reżyser pozwala swoim bohaterom żyć własnym życiem, ani przez moment się nad nimi nie litując i jednocześnie nie wpychając widzowi taniego dydaktyzmu do gardła. Pouczające, mądre kino.

7. Mój tydzień z Marylin

Prawdopodobnie gdyby nie Michelle Williams ten film byłby jednym z nudniejszych filmów roku
Dwa słowa. Michelle Williams. Jej Marylin jest niesłychanie autentyczna, przejmująca w swojej roli zagubionej kobiety-dziecka. Williams prezentuje w „Moim tygodniu…” prawdziwy aktorski popis ani na moment nie grając na fałszywą nutę. MM w jej interpretacji nie przyćmiewa filmu, choć jednocześnie nie da się ukryć, że każdej jej pojawienie rozświetla scenę, w której występuje. A jakby wyśmienitego pokazu kunsztu aktorskiego było Wam mało, to dodam tylko, że „Mój tydzień…” to również świetna fabuła opowiadająca o cenie sławy i samotności ludzi stojących na świeczniku.

6. Atlas Chmur

Szarpany, przekombinowany i za długi. Ale jednocześnie niegłupi
Gdzieś przeczytałam, że ten film się albo kocha albo nienawidzi. Niezależnie od tego po której stronie barykady znajdujecie się Wy, „Atlasowi…” nie można odmówić tego, że jest realizatorskim majstersztykiem i prawdziwą pierwszą ligą filmowego montażu. Sześć rozgrywających się równolegle historii, które dzieli czas i przestrzeń, ani na moment nie pogrąża się w chaosie, a dzięki talentowi reżyserów nie zlewa się jednocześnie w jednolitą, trudną do przełknięcia masę. Jeśli czasami lubicie obejrzeć kino oryginalne formalnie i niegłupie fabularnie to „Atlas…” będzie tym czego szukacie. Ten film jest niczym posiłek w wykwintnej restauracji. Nie mogę Wam zagwarantować, że będzie Wam smakowało, ale doceńcie trud kucharza, który Wam to danie zaserwował.

5. Róża

Zawsze kibicuję polskiej kinematografii, może trochę na wyrost.
Na szczęście „Róża” to doskonały film, który broni się sam.
Polski rodzynek w zestawieniu. Trudny, smutny i przejmujący. Podejmujący skomplikowany problem relacji międzyludzkich i tego jak zmieniła je świeżo zakończona wojna. Naturalistyczne sceny gwałtu i przemocy dodatkowo pogłębiają i tak skrajnie przygnębiający wydźwięk produkcji. Oglądanie „Róży” jest niczym wizyta u dentysty. Bolesne, a momentami mało przyjemne choć dla kinomana kibicującego polskiej kinematografii absolutnie konieczne. Po odrzuceniu kolców, róża to przecież bardzo piękny kwiat.

4. Prometeusz

Bardzo sprawnie zrealizowany prequel „Obcego”? Dla mnie to aż nadto!
Niech będzie, że miejscami głupkowaty i nielogiczny. Niech będzie, że zbyt efekciarski i nachalnie filozoficzny. Nazwijcie ten film nawet najgorszym filmem roku, ale nie zmieni to faktu, że ja na „Prometeuszu” bawiłam się wyśmienicie. Jako wielka fanka „Obcego” (i zagorzała antyfanka „Obcego 3”) bałam się, że prequel po latach totalnie zszarga jedną z moich ulubionych serii. A zamiast spodziewanej kompletnej porażki otrzymałam bardzo dobry film, ze świetnym Fassbenderem i moimi ukochanymi Xenomorphami w tle. Zębate parówki na start!

3. Merida Waleczna

Merida czyli najbardziej zbuntowana księżniczka Disney’a
Po nudnym „Wall-E”, nieudanych „Autach 2” i nie do końca trafiających do mnie „Zaplątanych”, Pixar nareszcie pokazał mi bajkę, którą natychmiast pokochałam jak to miało miejsce przy ich poprzednich produkcjach. „Merida…” to świetna produkcja z wielką przygodą w tle, aż skrząca od niewymuszonego humoru, ale jednocześnie nie stroniąca od przekazywania młodemu pokoleniu ważnych treści w wyjątkowo przystępnej formie. Jakby tego wszystkiego było mało, cały film zdobią przepięknie wykonane szkockie krajobrazy i wspaniała animacja postaci. Król animacji jest jeden!

2. Looper

Dowód na to, że współczesne filmy akcji nie muszą być głupie i sztampowe.
Gratka dla entuzjastów fizyki!
Zawsze zazdrościłam absolwentom kierunków humanistycznych tego, że mogą praktycznie każdy film rozłożyć na czynniki pierwsze. A to kostiumy nie pasują do epoki, a to postać charakterologicznie niespójna, albo historia przekłamana. Nam, absolwentom kierunków ścisłych praktycznie zawsze pozostawało obejść się smakiem i stać z boku płomiennych dyskusji na temat choroby psychicznej głównego bohatera. Ale to już koniec! Z pomocą przychodzi nam „Looper” – wyśmienity thriller sci-fi z fabułą pokręconą niczym korkociąg. To świetne, niebanalne i autentycznie świeże kino akcji, z bardzo dobrą rolą Jospeha Gordona-Lewitta. I pomyślcie tylko, ile mainstreamowych produkcji skłoniło Was do dyskusji o wszechświatach prostopadłych i paradoksach pradziadka?

1. Skyfall

Przyznam Wam się do czegoś – jak tylko zobaczyłam tą scenę wiedziałam, że to będzie mój film roku…
Od momentu gdy usłyszałam piosenkę tytułową Adele, poprzez świetną rolę Javiera Bardema, a na napisach końcowych kończąc, wiedziałam, że „Skyfall” zostanie moim ulubionym filmem roku. Bond-NieBond, wizualny cukierek z ujęciami pięknymi niczym konie w galopie i postaciami tak autentycznymi jak nigdy przedtem w tym dość długim przecież cyklu. Po nieudanym „Quantum of Solace” autentyczny powrót do formy i odrodzenie Bonda w tej kameralnej, przejmującej historii. Proszę państwa w tym roku zaskoczenia nie było, bo i nie mogło być. My name is Bond.
PS. To jeszcze nie koniec podsumowań :)