main

AnalizaCzynniki Pierwsze

Piękny, młody, dumny i blady

Sierpień 13, 2014 — by Pusiek12

faceci1.jpg

Też to zauważyliście? Gracie, oglądacie czy czytacie coś z kobiecą bohaterką w roli głównej i z konsternacją stwierdzacie, że albo Wasza ulubiona heroina została zamknięta w dziwnym świecie bez mężczyzn, albo wszyscy zostali zepchnięci do roli postaci całkowicie od niej zależnych, albo w ostateczności zatrzaśnięci w roli jej love interesta, którego jedyną cechą charakteru jest odwaga. Jasne, powiecie, że nie po to tyle walczyłyśmy o odpowiednią reprezentację w mediach, nie dlatego spędziłyśmy całe godziny debatując nad tym czym jest, a czym nie Silna Kobieca Bohaterka, by potem oglądać na ekranie panoszących się facetów. Że to jedynie początkowa faza, pierwsze śliwki robaczywki i cóż, kiedyś doczekamy się prawdziwie zróżnicowanych filmów, w których charakteru starczy dla osób wszystkich płci i ras. To wszystko prawda. I tylko historia cierpi, bo naszej bohaterce przyjdzie zakochać się w księciu o osobowości ukwiała, zaprzyjaźnić z papierowymi facetami, albo przeprowadzić na pozbawione mężczyzn sztuczne Wenus…

Czynniki Pierwsze

Jak grać żeby wygrać #2 – Bijatyki są jak alkohol

Lipiec 29, 2014 — by Pusiek12

jakgraczebywygrac1.jpg

Nie jest wielką tajemnicą fakt, że uwielbiam bijatyki i kolekcjonuję je jak Pokemony. Jedne polubię i będę katować nimi krewnych i znajomych, inne wrzucę na dno szafy gdy tylko wycisnę wszystkie soki z achievementów. Tym co decyduje o mordoklepkowym być, albo nie być nie jest grafika, zestaw postaci czy fabuła, a mityczny system. W dzisiejszym odcinku „Jak żyć grać żeby wygrać”, który pojawił się zdecydowanie za późno, zaprezentuję Wam krótki przegląd mordoklepkowych podstaw, tak żebyście wiedzieli którą grę wybrać na imprezę, a żeby wszystkim tym, którym wirtualne pranie po pyskach kojarzy się z czarną magią było łatwiej, porównam wszystko do alkoholu. Bo tak.

AnalizaCzynniki Pierwsze

Dlaczego nikt nie lubi Supermana?

Lipiec 8, 2014 — by Pusiek31

superman2.jpg

Z tym mitycznym „nikim” oczywiście przesadzam. Bo Supermana lubię chociażby ja i paru innych udzielających się w intranecie fanów komiksów. Nie da się jednak ukryć, że w zbiorowej świadomości Człowiek ze Stali znajduje się na jakichś peryferiach ludzkich zainteresowań i zazwyczaj okupuje wszelkiego rodzaju zestawienia najmniej lubianych superbohaterów, a podczas surfowania po internecie co i rusz można natknąć się na stwierdzenia komiksowych fanów w stylu: „lubię Batmana, Supermana nie znoszę”. Pomijając oczywiście osobiste preferencje i zwykłą niewiedzę, intryguje mnie to jak bardzo przekłamany jest krążący w obiegowej opinii obraz Ostatniego Syna Kryptona i jak wielka jest w miłośnikach wymyślonych historii chęć odcięcia się od tego co znane i zwyczajne. Może więc jestem stronnicza, ale zabawmy się w stary, dobry, zgrany do granic możliwości pojedynek Supermana z Batmanem. I ostatecznie rozsądźmy, kto jest największym superbohaterem od DC.

Czynniki PierwszeKosmate Myśli

Telewizorom śmierć!

Luty 16, 2014 — by Pusiek13

serialecover.jpg

Od kilku lat bawię się w ocenianie filmów na Filmwebie. Kolekcjonuję je jak pokemony i każdemu wystawiam metryczkę z oceną. Zaglądam tam kilka razy dziennie szpiegując gust moich znajomych. Ostatnio kiedy zalogowałam się na mój profil przywitało mnie radosne „oglądasz bardzo mało seriali! Przejrzyj naszą listę dwudziestu najlepszych seriali i oznacz te, które oglądałeś!”, co dało mi trochę do myślenia. Po pierwsze oznaczenie jedynie jednego serialu jako oglądanego na bieżąco („Masters of Sex”) jest jakąś aberracją. Po drugie, człowiek który ogląda około siedmiu różnych filmów tygodniowo, musi oglądać drugie tyle seriali. Inaczej system się gubi. Po trzecie, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna ogólnie pojęte „oglądanie serialu”? Czy przysypianie na co trzecim odcinku „Walking Dead” (oglądam tylko te, w których jest Daryl) jest oglądaniem? A wkurzanie się na „Hannibala”? Ale najważniejsze. Ten głupi, krótki komunikat uświadomił mi jedną rzecz. Seriale to nie jest moja ulubiona forma obcowania z kulturą.

AnalizaCzynniki PierwszeKosmate Myśli

Mój problem z Zaplątanymi

Styczeń 11, 2014 — by Pusiek21

zaplatanicover.jpg

To zawsze jest miłe. Kiedy twoi czytelnicy proszą cię o notkę na określony temat. Spełniając prośbę Gosi „Kicajki”, poniżej notka o tym co nie podobało mi się w „Zaplątanych”. A przy okazji pozastanawiamy się jaka powinna być dobra historia dla dzieci  i czy filmy animowane rzeczywiście mają taki wpływ na młode umysły jakby się wszystkim wydawało. Dla porządku – notka jest pełna spoilerów. Nie poukrywałam ich, bo nie chciałam, żeby cały wpis okazał się jednym wielkim spoiler tagiem. Jeśli jeszcze nie widzieliście „Zaplątanych”, a nie chcielibyście psuć sobie zabawy to lepiej znajdźcie sobie inną lekturę. Ze spraw organizacyjnych dodam tylko, że opieram się na polskiej wersji językowej. Możliwe, że w wersji oryginalnej niektóre kwestie miały zupełnie inny wydźwięk, ale ponieważ to polski dubbing można było spotkać w kinach dlatego uważam go za obowiązujący.

Czynniki PierwszeNa Czasie

House od Cards – solidne fundamenty

Październik 15, 2013 — by Pusiek9

House od Cards – solidne fundamenty


Sejm i senat

Pamiętam, że gdy byłam mała moi rodzice od czasu do czasu oglądali transmisję z obrad sejmu. Zawsze wydawało mi się, że wpatrywanie się w gadających polityków to jedna z tych rzeczy, jakie sprawiają frajdę jedynie dorosłym. Jak picie kawy czy jedzenie wątróbki. Transmisje obrad sejmu robiły się ciekawe jedynie wtedy kiedy nad czymś aktualnie głosowano i mimo, że nie miałam absolutnie zielonego pojęcia nad czym się debatuje i za czym się głosuje to bardzo lubiłam ten dreszczyk adrenaliny związany z ogłoszeniem demokratycznego wyniku. I tak dorosłam w przekonaniu, że polityka jest nudna, rozwlekła, przegadana i ciekawa jedynie w niektórych momentach. I że w gruncie rzeczy jest sztampowa, bo każde posiedzenie sejmu wyglądało z grubsza tak samo. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie gdy okazało się, że umiejscowiony w bardzo sztywnym gatunku serial „House of Cards” okazał się jedną z lepszych i oryginalniejszych serialowych premier. Polityka potrafi zaskoczyć.

Uwielbiam to zdjęcie. Jest takie mocne, brutalne i wysmakowane. Jak cały serial.

Domek z kart

Fabuła „House of Cards” opowiada o zakulisowych intrygach prowadzonych przez kongresmena Francisa Underwooda (Kevin Spacey). Pominięty przy nominacji na sekretarza stanu rozpoczyna swoją własną grę, w której nie cofnie się przed niczym. Powiecie, że to banał, nic nowego, nic czego nie widzielibyśmy wcześniej w produkcjach political fiction. Zgoda. Ale to banał nie tylko świetnie zagrany i wyreżyserowany, ale i perfekcyjnie wykonany. Zacznijmy od tego, że serial został wyprodukowany przez stację Netflix, która swoją siedzibę ma w internecie. Za „House of Cards” nie stoją żadne filmowe wytwórnie, producenci i ramówkowa cenzura. To serial, który nie boi się niczego i drwi sobie z podejmowanych pod publiczkę ugodowych decyzji.

Cztery ściany i monologi

Wizualnie „House of Cards” wygląda bardzo surowo, wręcz teatralnie. Wszystkie kadry są starannie zaplanowane i wyreżyserowane. Dodatkowo w serialu zastosowano jeden z oryginalniejszych zabiegów fabularnych ostatnich lat. Od czasu do czasu Frank wygłasza swój wewnętrzny monolog prosto do widza, burząc tzw. „czwartą ścianę”. Ten karkołomny zabieg początkowo może wydawać się sztuczny, ale dość szybko staje się integralną częścią historii. Nie tylko zastępuje już dość wysłużony głos z offu, ale dodatkowo ustawia widzów w formie teatralnej widowni i bardzo skraca dystans pomiędzy bohaterem, a widzem siedzącym na kanapie. I już zupełnie na marginesie, wyobrażacie sobie tak oryginalne zagranie w serialu wyprodukowanym przez „normalną” telewizję?

Bezkompromisowy polityk i nie cofająca się przed niczym dziennikarka. Chociaż to para, którą widzieliśmy w podobnych filmach nie raz, tutaj została pokazana w innowacyjny sposób

Brudne kołnierzyki

Dodatkowo choć fabuła „House of Cards” może wydawać się banalna to dość szybko dojdziemy do wniosku, że są to jedynie mylące pozory. W serialu nie ma postaci jednoznacznie dobrych, a każdy z bohaterów ma ubrudzony kołnierzyk, niezależnie od tego po której stronie barykady się znajduje. Nieważne czy jest to pozbawiona empatii żona Franka Claire, rządząca żelazną ręką w organizacji charytatywnej czy rządna sukcesu reporterka Zoe Barnes, która w poszukiwaniu dobrego materiału jest w stanie odwiesić swoje ideały na wieszaku. Jasne, to nie pierwszy raz kiedy w produkcji political fiction ukazywane jest zepsucie ludzi znajdujących się u szczytu władzy. Zazwyczaj jednak ma ono swoją przeciwwagę. W „House of Cards” wszyscy są w jakimś stopniu zepsuci, opętani rządzą sukcesu. Świetnie widać to na przykładzie Franka, który z jednej strony jest wybitnym politykiem, świetnym strategiem i odważnym przywódcą, a z drugiej strony to kawał drania. Serial fenomenalnie pokazuje, że wielka polityka to system naczyń połączonych, nieustanny flirt z ogniem. Sojusze zawiązują się i upadają równie szybko jak powstały. To twardy, bezkompromisowy świat, tym razem pokazany w wyrafinowanej, surowej oprawie.

Frank i Claire czyli intrygująca para, co do której nie do końca wiadomo czy się kocha czy nienawidzi. Czy są ze sobą z miłości czy z wyrachowania. Czy idą przez życie trzymając się za ręce czy tylko maszerując obok siebie.

Solidna konstrukcja

Podsumowując, czy warto dać „House of Cards” szansę? Jeśli jesteście zmęczeni skostniałym gatunkiem political fiction i szukacie czegoś nowego, to produkcja stworzona dla Was. Odważna, pokazująca prawdę bez owijania w bawełnę. Bijąca Was sierpowym prosto w gębę, zamiast głaskać Was po głowie. To też kawał świetnie wyreżyserowanego (Fincher!) i zagranego (Spacey, Wright etc.) kina. Gdy obejrzycie „House of Cards”, sejm nigdy już nie będzie taki sam.



„House of Cards” będzie miał swoją premierę na kanale AleKino+ 19 października o 22.00. Co tydzień wyświetlane będą dwa odcinki. To z całą pewnością będzie lepsza zabawa niż oglądanie obrad sejmu. Gwarantuję.

KONKURS!!!

Dystrybutor serialu „House of Cards” w Polsce, kanał filmowy AleKino+ ufundował nagrody w konkursie. Jeśli chcecie wygrać pióro wieczne identyczne z tym którym podpisuje się serialowy Frank, talię kart z postaciami z serialu i plakat prześlijcie do mnie [alicja.getek@gmail.com] odpowiedzi na dwa pytania:



1. Jak ma na imię żona Franka?

2. Jeśli „House of Cards” zostałby wyprodukowany w Polsce, kogo widziałbyś w roli Franka? 



Zwycięzcę wyłonię w drodze losowania spośród wszystkich prawidłowych odpowiedzi. Wyniki (oraz najciekawsze odpowiedzi na drugie pytanie) pojawią się w tej notce 19 października o 24.00, idealnie by wpaść na bloga, po obejrzeniu serialu.

Powodzenia!

WYNIKI!!!

Ślepy los zadecydował. Nagrody ufundowane przez kanał filmowy AleKino+ wygrała Aleksandra Borecka! Z Olą skontaktuję się jutro. Gratuluję wygranej, dziękuję wszystkim za udział i życzę Wam powodzenia we wszystkich konkursach, w których będziecie brać udział :)
A teraz odpowiedzi.
1. Żona Franka ma na imię Claire. 
2. A co zaś się tyczy „polskiego Franka”. Aleksandra Borecka uważa, że najlepszym Frankiem byłby Radek Sikorski, „przystojny, inteligentny światowiec, obeznany z tym co w polityce się dzieje, z wykształconą i inteligentną żoną”. Marcin sądzi, że najlepszym polskim Frankiem byłby Krzysztof Stoiński (jestem za!), lub Piotr Fronczewski, który „nie dość, że potrafi się ubrać i dobrze w eleganckich ciuchach wygląda, to jeszcze dobrze gra, ładnie się uśmiecha, no i jest konsulem, prawie prawdziwym”. Siwawy natomiast zaproponował kandydaturę nieodżałowanego Romana Wilhelmiego, a w jego zastępstwie jednego z moich ulubionych aktorów, Janusza Gajosa, który „na pewno by sobie poradził. Umie zagrać i szuję (Przesłuchanie), i bohatera, i komediowo, i nawet świra, więc byłby idealny do roli polityka”. Wśród nadesłanych odpowiedzi wymienialiście jeszcze Michała Żebrowskiego, Roberta Więckiewicza i Marka Kondrata. 

Czynniki Pierwsze

Tomb Raider

Luty 21, 2013 — by Pusiek28

Tomb Raider – reboot czy nie reboot, oto jest pytanie…

Być jak Lara Croft

Jeśli miałabym wymienić tylko jedną, jedyną grę, która kojarzy mi się z dzieciństwem byłby to „Tomb Raider 3”. Pierwsza poważna produkcja, w którą zagrałam, która nie była słodką opowiastką dla najmłodszych, ale pełnoprawnym tytułem. Pamiętam jak razem z Siostrą zagrywałyśmy ten tytuł wpisując kod na wszystkie bronie i radośnie rozsadzając wrogów na miliony kawałków nie do końca legalnie zdobytą bazooką. Jak chciałyśmy być jak Lara Croft, a jej podobizny zdobiły nasz pokój i komputer. Na tamte czasy „Tomb Raider” był dla nas grą idealną, oferującą świetną rozrywkę, wciągająca historię i bohaterkę, z którą mogłyśmy się identyfikować. Ale z tym wszystkim koniec. Za dwa tygodnie nadejdzie nowy „Tomb Raider”, grubą kreską odcinający się od swoich poprzedników. Czy to dobrze czy źle? Czy marka potrzebowała rebootu? Czy to ostatnia próba wskrzeszenia dość zapomnianej serii, a może desperacki skok w kierunku portfeli graczy? Odpowiedź na te pytania nie jest łatwa, bo jak to zwykle bywa w przypadku tak długich serii, składa się na nią wiele czynników.
Wbrew mylącym pozorom – nie istnieje tylko jedna interpretacja Lary Croft

Indy w spódnicy

Historia Lary przypomina trochę historie starych gwiazd Hollywood, która po początkowym okresie swojej wielkiej sławy zostają trochę zapomniane, by wreszcie zapowiedzieć swój wielki Powrót Po Latach. Zaczynając więc od początku, wydany w 1997 roku „Tomb Raider” okazał się niesłychanym sukcesem wydawniczym, a połączenie angażującego gameplayu z wciągająca fabułą szturmem podbiło serca fanów. Dlaczego tak się stało? Po pierwsze dlatego, że gra zachwycała grafiką (jak na ówczesne standardy), a dodatkowo oferowała graczowi niespotykaną wcześniej swobodę. To właśnie tutaj po raz pierwszy przyszło graczom skakać, zwisać na krawędzi czy pływać, a wszystko to w świetnie zrealizowanym trójwymiarze (pamiętajcie, że mówimy o czasach, w których wciąż królowały platformówki i grafika 2D). Poza tym gra wykreowała postać Lary Croft, nieugiętej heroiny, która niczym buldożer parła do celu nie zatrzymując się przed niczym. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie postać przemierzającej świat brytyjskiej hrabiny, „Tomb Raider” prawdopodobnie nigdy nie stałby się tak popularny jak teraz. To właśnie Lara sprawiła, że gra okazała się autentycznie ciekawa, a uczynienie z głównej postaci świetnie wykształconej kobiety pozwoliło odciąć się twórcom od przygód Indiany Jonesa, na których bazowali. Dzięki temu gra nie „wisi” bezczelnie na postaci Indy’ego, ani nie próbuje się grzać w chwale „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”, ale stanowi autentyczną nową jakość, choć rozpiętą na znanych motywach.
„Tomb Raider 1” to jedyna gra z cyklu w którą oficjalnie nie grałyśmy

Tum Rejder

Po sukcesie pierwszej części dość oczywistą sprawą było stworzenie sequelu. „Tomb Raider” 2 i 3 to praktycznie bezpośrednie kontynuacje swoich poprzedniczek oferujące graczom więcej tego samego. Co prawda każda z kolejnych gier z serii prezentowała graczom garść nowinek, ale za każdym razem poruszała się wokół dobrze znanego schematu. Prawdopodobnie dlatego „Tomb Raider” 2 i 3 są tymi częściami serii które najmilej wspominam. Kojarzą mi się z czasami kiedy razem z Siostrą „grałyśmy w Larę”, a pikselowaty tygrys potrafił śmiertelnie nas przerazić. To naprawę wyśmienite produkcje, które oprócz trącącej myszką szczurkiem grafiki, ani trochę się nie zestarzały. To wymagający, angażujący gracza ponad dwudziestogodzinny festiwal czystej zabawy. Wydawałoby się, że ceniona trylogia to jedynie preludium do długiego tasiemca ciągnących się sznureczkiem kontynuacji, ale twórcy zaserwowali swoim graczom prawdziwą woltę. I tak w czwartej, najbardziej rozbudowanej i przemyślanej części cyklu – „Tomb Raider: The Last Revelations” – Lara… ginie. Wyobrażacie sobie coś takiego w jakiejkolwiek kasowej serii naszych czasów?
„Tomb Raider 3” czyli gra, w którą zagrywałyśmy się za dzieciaka

Zombie

Ponieważ jednak tak monumentalna seria i tak charakterystyczna bohaterka, nie mogły na długo spocząć pod gruzami Wielkiej Piramidy, fani wymogli na twórcach stworzenie kolejnej gry z cyklu. „Tomb Raider: Chronicles” to zbieranina czterech oddzielnych historyjek, z których każda oferuje troszkę inny klimat i podejście do prezentowanej rozgrywki. To najbardziej nierówna ze wszystkich części cyklu, która nie oferuje spójnej fabuły, ani nie wprowadza nowości do dobrze już znanych wydarzeń czy mechanik. Paradoksalnie to właśnie ta część, została przez wielu okrzyknięta „śmiercią Lary Croft”, bo „Chronicles” nie potrafiło przyciągnąć do siebie graczy, ani zainteresować sobą zupełnie nowego grona odbiorców. Przez kilka lat seria powędrowała na półkę. I kiedy właściwie wydawało się, że „Tomb Raider” jest już martwym tworem, po świecie zaczęły krążyć pogłoski o powstającym „Tomb Raider: Next Generation”. 
Gdyby tylko „Angel of Darkness” był zgodny z zapowiedziami twórców,
to byłby to najlepszy „Tomb Raider” w historii
Kolejna pełnoprawna odsłona cyklu miała oferować graczom znany z gier RPG system rozwoju postaci, mroczną fabułę, realistyczną grafikę i niespotykane w serii nigdy wcześniej rozwiązania gameplayowe. Niestety, problemy z optymalizacją stworzonego kodu spowodowały kilka obsuw tytułu, a kiedy gra wreszcie wylądowała na sklepowych półkach – okazało się, że jest produkcja koszmarnie wręcz przycięta i zabugowana. „Angel of Darkness”, bo taki ostatecznie podtytuł otrzymał nowy „Tomb Raider”, choć niewątpliwie ciekawy w warstwie fabularnej, jest grą, która doprowadza graczy do płaczu. Zły system strzelania nie pozwalał efektywnie prowadzić walki, wykastrowany system rozwoju postaci został sprowadzony do absurdu i głupkowatego poszukiwania miejscówek, w których można było ulepszyć Larę i graficzne bugi (ze słynnym zaglądaniem Larze do wnętrza czaszki), skutecznie odpierały graczom chęć do ukończenia rozpoczętej przygody. „Tomb Raider” powstał z grobu, po to by jeszcze raz do niego wpaść.

Where’s my mommy?

W tym momencie zaryzykuję twierdzenie, że „Tomb Raider” stał się grą na której kontynuację nie tylko nikt nie liczył, ale też i specjalnie nikt nie czekał. Dlatego też powstająca „Legenda”, w pewnym sensie odświeżająca serię, spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem fanów wypatrujących jakichkolwiek wzmianek o swojej ulubionej pani archeolog. „Tomb Raider” w nowoczesnym wydaniu praktycznie całkowicie zrezygnował z rozbudowanych zagadek i wielkich, monumentalnych lokacji przez lata będących wizytówkami serii. Zamiast tego główny nacisk został położony na fabułę, która po kolejnych manipulacjach w życiorysie panny Croft, koncentruje się na pewnym osobistym wątku z życia Lary. Zresztą wątek ten kontynuowany był w „Anniversary” – odsłonie cyklu będącej swoistym remakiem pierwszej odsłony cyklu, który mimo tego, że wiernie odtwarzał znane lokacje, inaczej zaakcentował fabułę, wyróżniając w niej wątki zapoczątkowane w „Legendzie” – i „Underworld”. To właśnie ostatnia odsłona cyklu powszechnie uznawana jest za jedną z najlepszych, a umiejętne połączenie nowoczesnych gameplayowych mechanik i smaczków, za które fani tą serię pokochali, przełożyło się na niewątpliwy sukces. „Underworld” definitywnie zakończył zapoczątkowaną dwie gry temu historię i postawił Larę niejako na rozdrożu. W tym momencie seria mogła ponownie skręcić w kierunku dobrze wszystkim znanej i lubianej rozgrywki w stylu klasycznych „Tomb Raiderów”, zadowolić się tym, że czasy jej świetności minęły, a wielomilionowa sprzedaż kolejnych tytułów znajduje się poza zasięgiem takich kierowanych do fanów produkcji. Można też było zdecydować się na modny ostatnio reboot serii, który w założeniu miał przywrócić Larze świetność, a serii pozwolić powrócić na dobrze wszystkim znane nurty popularnych growych tytułów.
„Tomb Raider: Legend” zdecydowanie bardziej stawiał na akcję niż na swobodną eksplorację,
a klaustrofobiczne miejscówki zdenerwowały niejednego gracza

Gówniarz Drake

Oczywiście świat nie stał w miejscu, a początkowy sukces „Tomb Raidera” i jego późniejszy upadek doprowadził do tego, że palmę pierwszeństwa i tytuł króla gier przygodowych przypadł filmowemu „Uncharted”. To właśnie produkcja studia Naughty Dog (za którą osobiście nie przepadam) dobitnie pokazała, że nie tylko gatunek gier podróżniczych nie umarł, ale także, że wciąż istnieje zapotrzebowanie na tego typu proste historie, które mają porwać gracza wartką akcją i zapierającymi dech w piersi widokami. Właśnie dlatego uważam, że reboot „Tomb Raidera” był konieczny. Głównie dlatego, że miano największego podróżnika świata gier przestało jednoznacznie kojarzyć się z nazwiskiem Croft, a zaczęło… z Drake. Gdyby nie restart serii, Larze prawdopodobnie nigdy nie udałoby się powrócić do panteonu elektronicznych herosów, bo już na zawsze zostałaby zepchnięta w cień swojego następcy. Idąc jeszcze dalej tym tokiem myślenia, wybór takiej a nie innej konwencji rebootu wydaje się świetnym posunięciem marketingowym. Po pierwsze „Uncharted” przetarł szlaki na polu gier łączących gameplay z szeroko pojętą filmowością. Po drugie, nie wszystkim fanom Lary przypadła do gustu korytarzowość, skryptowość i pewna radosna umowność przygód jaką zaserwowano nam w grze Naught Dog. Odpowiedzią na te wszystkie bolączki ma być otwarty i dojrzały nowy „Tomb Raider”. I choć obawiam się samego wykonania tej produkcji, boję się bijących po oczach skryptów i prowadzenia gracza z punktu A do punktu B jak po sznurku, to jednak z ręką na sercu przyznaję, że pomysł na nową przygodę Lary strasznie mi się podoba. Taki restart serii wymagał bardzo odważnego zagrania ze strony deweloperów i choćby za to należy im się pewien szacunek.
Paradoksalnie w tej dwudziestoletniej pannicy może być więcej Lary Croft niż kiedykolwiek wcześniej

Ahoj przygodo!

Pogódźmy się więc z tym, że stara Lara się skończyła. Że zamiast wyniosłej hrabiny otrzymamy awanturniczą panienkę z dobrego domu. Że seria stanie się mroczna, brudna i bardziej filmowa niż kiedykolwiek wcześniej. W końcu jeśli tytuł dobrze się sprzeda, to przy tak ogromnej kampanii marketingowej, możemy być niemal pewni, że postaną również kolejne części cyklu. W końcu nawet młodziutka Lara musi kiedyś dorosnąć.