main

Karnawał Graczy BlogerówKosmate Myśli

KBG #6 – Ci wszyscy wspaniali mężczyźni

Marzec 10, 2014 — by Pusiek21

kgb2cover.jpg

Karnawał Graczy Blogerów to cykliczna impreza, w ramach której gracze blogerzy (no kto by się spodziewał!) piszą notki na zadany temat. Więcej możecie poczytać na blogu Salantora, założyciela samej inicjatywy. Jako, że jak zwykle chadzam własnymi drogami, nie próbujcie na RM szukać karnawałów numer 2, 3, 4 i 5. Bo ich nie ma. Do powrotu na łono wspólnych notek namówiła mnie Aeth, Wiedźma z Orbity. Temat: Płcie i gry.

Karnawał Graczy Blogerów

KGB #1 – moja growa edukacja

Wrzesień 29, 2013 — by Pusiek17

KGB #1 – Moja growa edukacja (czy z gier można wyrosnąć?)

Praca magisterska przeżuła mnie i wypluła. Długie godziny spędzone nad wklepywaniem kolejnych zdań na klawiaturze spowodowały u mnie autentyczny wstręt do pisania. Jestem teraz trochę jak alkoholik, który ostatnio zaliczył upojną noc na izbie wytrzeźwień, ale mimo wszystko wraca do swojego nałogu. I tylko wątroba cierpi.
*

Pściamanki*

Karnawał Graczy Blogerów to inicjatywa zapoczątkowana przez Salantora z Bobrowni. W największym skrócie – gracze spędzający życie na masakrowaniu tabunów złożonych z pikseli wrogów raz w miesiącu piszą notkę na zadany temat. Proste? W założeniu tak, w praktyce nie do końca. Nienawidzę pisać o sobie i uważam, że zdecydowanie lepiej wychodzi mi pisanie o tym o czym myślę. Że już nie wspomnę, że proste wymienianie: „grałam w to i tamto na takiej i takiej konsoli” wydaje mi się równie pasjonujące co wizyta w Wydziale Komunikacji. Nagnijmy więc trochę zasady. Zamiast laurki na cześć starych pecetów i gier, zastanówmy się czy z gier można wyrosnąć, czy do pewnych tytułów jesteśmy za starzy i czy kiedykolwiek nasze konsole pokryje kurz. Wspominek też trochę będzie, a jakże, ale będę pilnować by ta notka nie przerodziła się w wymienianie anegdotek czy oglądanie zdjęć z dzieciństwa. Takie rozmowy lepiej zachować na długie zimowe wieczory z grzańcem w dłoni. Wspomnień nikt nam nie odbierze.
Niektóre dziewczynki oglądają Arielkę, a niektóre grają w Duke Nukema

Spadają jak ulęgałki

Urodziłam się w rodzinie, w której od zawsze był komputer. Kiedy więc tylko odrosłam od ziemi na tyle, by dosięgnąć do klawiszy, zaczęłam grać w gry. Te dla dzieci i te dla starszych (do dziś pamiętam, że nie miałam zielonego pojęcia dlaczego z Księcia wypadają czerwone kwadraciki kiedy upadnie na kolce). Te proste i te trochę mniej. Gry szybko stały się jednym z moich ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu. I tak zaczynając od nieporadnych prób samodzielnego grania, przez obsługę określonych klawiszy podczas gdy grali Tata albo Mama i radosne granie na cztery ręce z moją Siostrą, do momentu gdy dzień bez choćby pół godzinki spędzonej przed konsolą uważam za stracony wyrosłam na Dorosłego Gracza. W tym czasie udało mi się znaleźć i porzucić wiele hobby. Gdy zaczęłam pracować i mój wolny czas dość dramatycznie się skurczył bez żalu rozstałam się z telewizją i bez sentymentu odrzuciłam seriale. A gry wciąż kocham. I nie zanosi się na zmianę.
Żeby nie było, że moje dzieciństwo to tylko wirtualna  krew i flaki. Był jeszcze Jazz Jackrabbit
(do którego regularnie wracamy)!

Much better

Kiedy miałyśmy z siostrą po kilka lat, bardzo często grałyśmy w gry razem z naszym Tatą. I choć teraz takie radosne ignorowanie oznaczeń PEGI przez rodziców może się wydawać szaleństwem graniczącym z patologią to wtedy czymś naturalnym było dla nas zagrywanie się w DOOMa, Wolfensteina, Shadow Warrior czy Duke Nukema. Sadowiłyśmy się z boku Taty, na przyniesionych z kuchni taboretach i dzielnie pilnowałyśmy obsługi powierzonych nam klawiszy (zwykle czegoś prostego w stylu kucania czy apteczki). Nie tylko nie wyrosłyśmy na psychopatki, ale dodatkowo stałyśmy się zapalonymi graczkami, które traktują gry wideo jako jedną z form spędzania wolnego czasu, dodatkowo swoją ulubioną. To dość naturalne, że popołudnia spędzone na strzelaniu do płonących czaszek, zmuszaniu Duke’a do nienaturalnie częstego opróżniana pęcherza czy mówiąc ogólnie na radosnej zabawie zakodują nam się w pamięci jako „stare dobre czasy”. Jak więc zareagujecie na wiadomość, że mój Tata w gry AAA już nie gra?

It’s OK Sarah, any time

Nie da się ukryć, że w gry wciągnęliśmy się będąc na zupełnie różnym etapie życia. Podczas gdy my z Siostrą byłyśmy radosnymi podlotkami, które spędzały czas na rysowaniu szlaczków w przedszkolu, nałogowym oglądaniu „Króla Lwa” i graniu z Tatą, nasz Tata był już dorosłym facetem, który pracował na pełny etat i siadał przed komputerem po ośmiu godzinach spędzonych na zarabianiu pieniędzy. Zresztą nie oszukujmy się, małe dzieci są jak króliczki Energaizera, które potrafią biegać jeszcze długo po tym jak ich rodzice zasnął snem sprawiedliwego na kanapie. W naszym wypadku gry nigdy nas nie męczyły, bo zawsze siadałyśmy do nich po dniu spędzonym na zabawie. Nigdy nas nie frustrowały, bo nie byłyśmy zmęczone. Za to nauczyły nas wytrwałości i nieustępliwości w dążeniu do celu. Uparciuchstwa trochę też (pamiętam jak w „Mafii” ostatni etap, już grając bez Taty, przechodziłyśmy przez miesiąc mozolnie ucząc się na pamięć rozkładu wrogów). Może więc gry po prostu zakodowały nam się jako „stare dobre czasy” i to właśnie dlatego cały czas w nie gramy, ramię w ramię, choć już bez Taty?
„Mafia: the City of Lost Heaven” czyli najlepsze gra w którą kiedykolwiek grałam.
A także: kościół, garaż i galeria sztuki :p

Niemiaszki

Czasy się zmieniły. Gry nie są już takie jak kiedyś. Nie są ani lepsze ani gorsze, są po prostu zupełnie inne od tego co znaliśmy w młodości. I o ile dla kogoś kto ani przez moment nie utracił kontaktu z elektronicznym medium transformacja ta przebiegała dość naturalnie i płynnie, to dla ktoś kto przez chwilę utracił kontakt z grami mógł się poczuć zagubiony i pozostawiony za drzwiami. Zresztą sami spróbujcie wrócić do swoich dawnych ulubionych tytułów. I przyznajcie szczerze, czy trzyma Was przy nich coś więcej niż sentyment? Grafika jest przecież przedpotopowa, levele są zaprojektowane przez jakiegoś nie mającego życia upierdliwca, a gameplay jest dość nudny i powtarzalny. Może więc ktoś, kto przestał grać, a w jego gamerskim życiorysie zieje kilkuletnia dziura, powracając do gier czuje się jak Hibernatus z filmu z Louiem deFunnessem? Zagubiony, nieprzystosowany i wyrwany z zupełnie innej rzeczywistości. Jedni postanowią się przystosować, a drudzy rakiem wycofają się do „starych, dobrych czasów”.

Waxiu i Mona Sex

Może więc nas wszystkich czeka czarna, pozbawiona konsoli przyszłość? Świat w którym rzeczywistość nas zeżre i już nigdy nie wypuści. Gdzie będziemy woleli spędzić godzinę na kanapie z książką w ręku zamiast wpatrywać się w monitor. W końcu czy coś w tym złego? Czasy się zmieniają, my się zmieniamy, a kto stoi w miejscu ten się cofa. Porzucanie hobby to w końcu coś naturalnego i nie świadczy to o słabym charakterze, ale o chęci poszukiwania nowych doznań. Szczerze mówiąc ciężko wyobrazić mi sobie przyszłość, w której nie ma miejsca na spędzanie całych wieczorów przed konsolą razem z moją Siostrą. Choć już wielu rzeczy nie potrafiłam sobie wyobrazić, a potem wkradły się one do mojego życia najzupełniej naturalnie. Pamiętacie jak będąc małymi brzdącami czymś niewyobrażalnym było dla Was chodzenie do pracy jak Wasi Rodzice? 
„Max Payne” czyli idealny przykład, że czasem lepiej po raz trzechsetny sięgnąć po oryginał
 zamiast ogrywać część trzecią
Odkąd pamiętam, mój Tata interesował się historią drugiej wojny światowej i wiecie co? Robi to do dziś. Może więc dla każdego gry są czymś innym i każdy ma hobby, którego płomyk nigdy się nie wypali. Jest jeszcze nadzieja!
* Śródtytuły to gamingowe memy z mojego dzieciństwa
PS. Podobno mój Tata czyta tego bloga, więc może się wypowie? :)