main

Na CzasieRecenzja

Mad Max: Na Drodze Gniewu – recenzja

Maj 24, 2015 — by Pusiek16

madmax1.jpg

Czwórka nie jest zbyt szczęśliwą cyfrą dla filmów. Zazwyczaj filmy nią opatrzone są zakałą serii, a ja dla własnego zdrowia psychicznego przyjmuję, że nigdy nie powstały. I tak Indiana Jones jest wciąż trylogią, a Shrek skończył się na tytule opatrzonym cyferką trzy. Czasami kryzys przychodzi wcześniej, kładąc markę na kolana po to, by mogła się z nich spektakularnie podnieść (Obcy 4 to niebo a ziemia przy Obcym 3). Ale nawet mając w pamięci chlubne wyjątki, konsensus pozostaje taki sam, im dalej w las tym więcej drzew, a coraz wyższy numerek stojący przy tytule ukochanej serii zwiastuje autentyczną ruletkę jakości. Wybierając się na najnowszego Mad Maxa byłam jednak pełna nadziei. Poprzednie filmy uważam za jedną wielką porażkę, a ich kultowy status jest dla mnie jedną z nierozwiązanych, wielkich tajemnic kosmosu. I choć niewątpliwie były potrzebne, by Na Drodze Gniewu mogło powstać, od dzisiaj uważam, że istnieje tylko jeden Mad Max. Ten z numerkiem cztery.

Na CzasieRecenzja

Więzień Labiryntu – recenzja

Wrzesień 23, 2014 — by Pusiek8

labirynt1.jpg

Nie wierzę trailerom prawie nigdy. Bo pokazują za dużo, bo pokazują za mało, bo sprzedają film inny niż jest w istocie, bo zdradzają fabułę, bo pokazują coś czego nie ma. Dla mnie mogłyby nie istnieć. Do kina i tak chodzę, listę filmów które chcę obejrzeć w danym roku mam skompletowaną około drugiego stycznia i widziałam już zbyt wiele skaszanionych zajawek, by wiązać z nimi jakiekolwiek nadzieje. A jednak trailer „Więźnia Labiryntu” zaciekawił mnie do tego stopnia, że ignorując przyjacielskie ostrzeżenia Myszy o wątpliwej jakości materiału źródłowego ochoczo wybrałam się do kina na film, który wydawał mi się hybrydą „Władcy Much” z „Cube”, podlaną charakterystycznym sosem wątków typowych dla young adult. Książki przezornie nie czytałam. A jak wypadł film?

Na CzasieRecenzja

Sin City: Damulka Warta Grzechu – recenzja

Wrzesień 7, 2014 — by Pusiek2

sincity1.jpg

Zawsze darzyłam „Sin City” ogromnym sentymentem. Głównie dlatego, że kiedy oglądałam je te dziewięć lat temu towarzyszyło mi znane niektórym pasjonującym się kinem dzieciakom uczucie podziwiane czegoś przełomowego, innego, czegoś co jeszcze nie dziś i nie jutro, ale stanie się klasyką. No i przede wszystkim poczucie oglądania czegoś zakazanego, „chorego”, dziwacznego, czegoś co legalnie mogłam poznać dopiero dwa lata po premierze. Dziewięć lat temu nie siedziałam w komiksach, byłam zupełnie innym człowiekiem, a „Sin City” oglądane z pewną nutką melancholii to wciąż jeden z moich ulubionych filmów. Jak na jego tle wypadła niespodziewanie pikująca w dół Box Office część druga?

Na CzasieRecenzja

Strażnicy Galaktyki – recenzja

Sierpień 4, 2014 — by Pusiek11

gotg1.jpg

Przyznam szczerze, że zawsze uważałam pomysł na zekranizowanie „Strażników Galaktyki” za skrajnie karkołomny i ryzykowny. Głównie dlatego, że to film oderwany od tego do czego przyzwyczaił widzów Marvel, z bardzo oryginalnym zestawem bohaterów i zupełnie nowym, niepowiązanym światem. Nigdy nie miałam wątpliwości, że film o przygodach „Szopa”, „Drzewa”, „Zielonej Baby” i reszty stanie się produkcją kultową w pewnych kręgach, ale jeśli chodzi o kupienie gustów tzw. szarej masy byłam sceptyczna. Poza tym miałam wrażenie, że na zrealizowanie tak szalonej, kosmicznej fabuły jest tylko jedna formuła. Albo uciec w kolorową, awanturniczą komedię w stylu „Piątego Elementu” czy pierwszej „Pamięci Absolutnej”, albo stworzyć kosmiczną sagę z rozbudowaną mitologią jak zrobił to Lukas w swoich „Gwiezdnych Wojnach”. „Strażnicy Galaktyki” pokazali mi jeszcze jeden, zupełnie własny styl opowiadania space opery, łącząc na raz kilka różnych motywów. Jak to się udało?

Na CzasieRecenzja

Frank – recenzja

Lipiec 14, 2014 — by Pusiek8

frank1.jpg

Nie lubię filmów o muzykach i nie mam tu na myśli musicali, filmów zamkniętych w bąbelku konwencji, w których ludzie śpiewają do siebie o robieniu kanapek. Chodzi mi o filmy o kobietach i mężczyznach robiących muzykę, o ich wyboistej drodze na szczyt i żmudnych godzinach szlifowania talentu. To dokładnie ten rodzaj produkcji obyczajowych, który nie ma mi nic do zaoferowania poza perfekcyjnym soundtrackiem. Filmy oferujące zbyt proste recepty na życie („muzyka jest dobra na wszystkie smutki” czy „prawdziwy talent sam znajdzie drogę do sławy”), by potrafiły mnie zainteresować. Wkurzył mnie „Masz Talent”, zanudził „Sugarman”, a wiele innych produkcji z nutami w tle zupełnie świadomie ominęłam szerokim łukiem. Jak na tym tle wypadł „Frank”, który do znienawidzonej przeze mnie tematyki dodał ulubionego aktora i złapał mnie na życiowym zakręcie?

Na CzasieRecenzja

Na skraju jutra – recenzja

Czerwiec 10, 2014 — by Pusiek5

edge1.jpg

Jeśli istnieją jakiekolwiek filmy, które niezależnie od tego czy będą dobre czy złe, zawsze zostaną nadziane na widelec i rozłożone na czynniki pierwsze, to są to bez wątpienia filmy o podróżach w czasie. Podczas gdy przy wszystkich innych produkcjach twórcy mogą liczyć na to, że zaaferowani fabułą widzowie nie zauważą kilku scenariuszowych bzdurek, o tyle jeśli tylko w historii mamy manipulację czasem to możemy być pewni, że wszyscy skupią się na tropieniu kolejnych niekonsekwencji. Zawsze podziwiam autora historii, że chce mu się tworzyć coś co i tak zostanie w pewnym momencie poddane sekcji i boleśnie wyśmiane. Bo umówmy się. W stu procentach logicznego filmu o podróżach w czasie stworzyć się najzwyczajniej nie da. Zawsze, w którymś momencie scenariusza widzowie będą musieli zawiesić swoją niewiarę na kołku i przyjąć to co widzą na ekranie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Sztuką nie jest więc kurczowe trzymanie się logiki (bo wiemy, że to niewykonalne), a pozwolenie jej oddryfować tylko w ściśle określonych momentach. I nigdy zbyt daleko.

Na CzasieRecenzja

Czarownica – recenzja

Czerwiec 3, 2014 — by Pusiek8

maleficent1.jpg

Jeśli miałabym stworzyć listę moich ulubionych Disneyowskich księżniczek, Aurora nie załapałaby się pewnie nawet do pierwszej dwudziestki. Ba! Samą „Śpiącą Królewnę” widziałam raz i to we wczesnym dzieciństwie. Nigdy nie ciągnęło mnie do klasycznego Disney’a, zawsze wolałam nowsze, mniej tradycyjne animacje, w których głównymi bohaterami były lwy, albo rdzenne Amerykanki. Na „Czarownicę” wybrałam się więc głównie dla Angeliny, która już od wielu, wielu lat okupuje pierwsze miejsce na liście moich ulubionych aktorek. Nie mam sentymentu do oryginału, ani nie liczyłam na „baśń dla dorosłych”. Chciałam po prostu pięknego filmu prezentującego znane wydarzenia trochę na opak. I dokładnie taki film dostałam.