main

Recenzja

Deus Ex: Mankind Divided – recenzja

Wrzesień 8, 2016 — by Pusiek2

mankinddivided.jpg

15 godzin. To dużo czy mało? Jeśli mówimy o staniu w korku na autostradzie, 15 godzin brzmi jak wieczność, jeśli o locie na drugi kraniec świata to niemal jak szybkość światła. Jeśli pracujecie na etacie, 15 godzin brzmi jak poniedziałek i większość wtorku, jeśli chcecie się umówić do lekarza specjalisty to niemal natychmiast. Jeśli odliczacie nimi czas do czegoś na co czekacie to wleką się niesamowicie, a czasem przemykają zupełnie niezauważone. Od Was zależy czy te odmierzone takty zegarka będą przypominać eony czy raczejmikrosekundy. Ja w 15 godzin skończyłam grę RPG. I trochę się wkurzyłam.

Kosmate MyśliRecenzja

Spokojnie, jesteś (nie) normalny!

Lipiec 21, 2016 — by Pusiek3

batman1.jpg

Zwykle nie lubię stosowania wielkich słów w kontekście popkultury. Ważny, kultowy, przełomowy i czego tam jeszcze recenzenci nie wymyślą. Wydają mi się puste, nadmuchane do granic przyzwoitości i wbrew pozorom całkowicie pozbawione znaczenia. No bo na litość boską, ważny to może być egzamin na studiach, rozmowa o pracę, albo odebranie dziecka z przedszkola. Popkultura to popkultura. Jasne, że może nam sprawić przyjemność, zapewnić jakąś tam chwilę rozrywki czy nawet totalnie zapchać nam mózg perypetiami jakichś zmyślonych postaci (z tego miejsca pozdrawiam wszystkich autorów fan fiction i fan artów), ale ostatecznie przecież i tak to nic naprawdę istotnego, prawda? Ot, jakiś tam przyjemny dodatek do życia, między rachunkami, a sprzątaniem…

Recenzja

Quantum Break – recenzja

Kwiecień 20, 2016 — by Pusiek2

quantum1.jpg

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że czekałam na tę grę. Bo też nigdy nie udało jej się przyciągnąć mojej uwagi i nawet moja wielka i niesłabnąca sympatia do Sama Lake’a i studia Remedy nie sprawiła, że wykrzesałam z siebie chociaż nutkę entuzjazmu. Właściwie od samego początku zakładałam, że Quantum Break kupię tylko dlatego, że jest exclusivem na moją ulubioną, przegrywającą generację platformę. Szczerze mówiąc byłam do tego stopnia niezainteresowana tytułem, że w momencie gdy ogłoszono jego wydanie na PC ucieszyłam się, że zdjęto ze mnie obowiązek kupna gry powodowanego najczystszej postaci fanbojstwem. Ostatecznie jednak przekonały mnie pozytywne recenzje, niespodziewany zastrzyk gotówki i pusty kalendarz. I chociaż nie czuję się jednoznacznie zawiedziona ani nie mam poczucia straty pieniędzy czy czasu to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że od samego początku miałam dobre przeczucie.

Recenzja

Monstress – święty Graal feministek?

Marzec 24, 2016 — by Pusiek3

monstress1.jpg

Kiedy ponad rok temu podczas Image Expo zapowiedziano komiks Monstress, byłam więcej niż zaintrygowana. Historia młodej dziewczyny powiązanej z tytułowymi potworami, a wszystko to osadzone w alternatywnej rzeczywistości początków XX w. i ubrane w przepiękne rysunki Sany Takedy to coś, co w końcu Puśki lubią najbardziej. Jednocześnie do całości podchodziłam z pewną nieśmiałością, zwłaszcza że Image przyzwyczaiło mnie do swoich fantastycznych zapowiedzi, z których ostatecznie wychodziły historie mniej niż średnie (Lazarus, The Wicked + The Divine). Nie inaczej sprawa ma się z Monstress, które ostatecznie okazało się komiksem nieskończenie innym od tego co sugerowano. I Bogu niech będą dzięki.

Recenzja

Far Cry Primal – recenzja

Marzec 12, 2016 — by Pusiek4

primal1.jpg

Lubię Far Cry’e. To dokładnie taka seria, która nie zapewnia mi wielkich wzruszeń, a jedynie przyjemnie urozmaica wieczory. Oferuje mnóstwo rozrywki, choć na niezbyt wyrafinowanym poziomie i służy za idealny przerywnik między jednym wyczekiwanym tytułem, a drugim. To też tytuł bardziej samopodobny niż Assassin’s Creed i o skomplikowaniu fabuły godnym Minecrafta. Taki odpowiednik growego fastfoodu, bo przecież gdybyśmy jedli tylko to co zdrowe to moglibyśmy oszaleć. Ale tak jak śmieciowego żarcia nie jemy codziennie, tak i formuła wyświechtanych Far Cry’ów kiedyś się przeje. Czy aby przypadkiem nie teraz?

Recenzja

Brooklyn – recenzja

Luty 23, 2016 — by Pusiek7

brooklyn1.jpg

Chyba każdy z nas ma gatunek filmowy, którego z zasady nie ogląda. Horrorów, bo są zbyt straszne, albo zbyt podobne do siebie. Filmów wojennych, bo są zbyt nudne, a poza tym wszyscy i tak wiemy co będzie dalej. Albo melodramatów, bo jest się posiadaczem serca czarnego jak smoła, które nie jest w stanie zabić nawet o pół tonu szybciej gdy widzi na ekranie miłosne perypetie. Znam swoje ograniczenia. Omijam szerokim łukiem wszystkie komedie romantyczne i sercowe dramaty, a moja znajomość kina romansowego skończyła się gdzieś w okolicach nieodżałowanej „Casablanci”. Umówmy się więc, już na starcie „Brooklyn” nie miał ze mną łatwo.

Recenzja

Deadpool – recenzja

Luty 14, 2016 — by Pusiek5

deadpool1.jpg

Może mi nie wierzycie, ale jak naprawdę nie robię tego dla klików. I nie mam jakiejś perwersyjnej przyjemności z chodzenia na filmy Marvela, a potem pisania zjadliwych recenzji z produkcji, które jeśli wierzyć internetowemu szumowi, podobały się absolutnie wszystkim. Chociaż pewnie i tak mi nie uwierzycie. Zresztą, pewnie nie uwierzyłabym sama sobie, bo ten Pusiek to wstrętna fanbojka DC, ot co. Z dziennikarskiego obowiązku powiem więc tylko, że na „Deadpoola” wybrałam się pełna dobrych nadziei, licząc może nie na drugiego Kapitana Amerykę, ale z pewnością na komedię, która przebije znienawidzone przeze mnie „Guardians of the Galaxy”. A jak się okazało, zupełnie niezależnie ode mnie, między tymi filmami istnieje jeszcze całe spektrum stanów pośrednich. Do których taka postać jak Deadpool chyba nigdy nie powinna trafić.