main

Brak Kategorii

Gulasz z Pusia #8

Marzec 8, 2014 — by Pusiek8

gulaszzpusia8.jpg

Brakowało mi miejsca, w którym mogłabym zebrać krótkie recenzje wszystkiego co udało mi się popkulturalnie skonsumować w ciągu tygodnia. W końcu nie wszyscy czytają mojego Twittera. Z tego też powodu, przed Wami „Gulasz z Pusia” – regularny cykl notek, w którym będę pisać krótkie recenzje wszystkiego co z różnych powodów nie załapało się na własny wpis.  Taki przegląd tygodnia i trochę bazgrania w jednym. W każdy sobotni poranek .

Ze spraw organizacyjnych – założyłam konto na ask.fm. Pytajcie o wszystko :)

Malkontentka @ Ask.fm

Brak Kategorii

Puella Magi Madoka Magica – recenzja

Lipiec 24, 2012 — by Pusiek9

Puella Magi Madoka Magica – Kyubey czyli Pusiu

Shojo czyli dla bab

Jakiś czas temu udowadniałam, że nie istnieje coś takiego jak kino wybitnie damskie lub wybitnie męskie. Na chwilę zapomnijmy jednak o tej notce i spróbujmy wyobrazić sobie stereotypowe dziełko dla młodych dziewczynek. Pewnie dosyć szybko nasz umysł zboczy w kierunku okrytych złą sławą anime o tak zwanych „magical girls”, serii głupiutkich, naiwnych i obrzydliwie wręcz sztampowych. „Puella Magi Madoka Magica”, produkcja studia Shaft, udowadnia jednak, że nawet w ramach tak skostniałego i niezbyt inteligentnego gatunku można stworzyć produkcję ciekawą i nietuzinkową. I chwała im za to! W końcu świat nie kończy się jedynie na „Czarodziejce z Księżyca”.
Życie czarodziejki to nie tylko kolorowe sukienki, tęczowe czary i ładni chłopcy w opałach

You should be a Magical Girl!

Akcja anime opowiada historię trzynastoletniej dziewczyny, która zostaje wplątana w odwieczną wojnę pomiędzy stojącymi na straży ludzkości młodziutkimi czarodziejkami, a siejącymi zniszczenie, zdeformowanymi wiedźmami. Inaczej jednak niż w większości podobnych serii twórcy nie boją się pokazać ciemnej strony życia obrończyń świata. Walka z potworami to więc nie tylko znane z tysięcy innych podobnych produkcji paradowanie w pięknym stroju i rzucanie wymyślnych czarów, oczywiście okraszane kolorowymi efektami wizualnymi i wesołą muzyczką. Potyczki z wiedźmami to głównie walka na śmierć i życie, a same czarodziejki, mimo że większość z nich nie przekroczyła lat piętnastu, mają bolesną świadomość, że życie jakie wybrały zakończy się dla nich w sposób dość nieprzyjemny. Bohaterki są boleśnie świadome kruchości swojego losu, często żałują swojej decyzji, nie ukrywają, że życie w błogiej nieświadomości było dla nich zdecydowanie lżejsze. Jeśli do tego wszystkiego dodamy fakt, że praca obrończyni ludzkości to zapłata za życzenie spełnione przez tajemniczego stworka otrzymamy niezwykle ciekawą fabułę, odbrązawiającą mit wesołego, wypełnionego przygodami życia magical girl.

Słodkie, puchate, niedobre… Pusiu?

Nasienie Żalu

Fabuła to najmocniejszy punkt tej serii, dojrzała, mroczna i trzymająca w napięciu, dodatkowo bardzo sprawnie poprowadzona i nie tracąca tempa podczas miałkich odcinków o niczym (seria liczy dwanaście odcinków z których żaden nie jest fillerem). Niestety przysłowiową łyżką dziegciu okazują się same bohaterki. Często nieprzekonujące, irytująco głupie lub boleśnie naiwne. Na szczęście, żadna z nich nie irytuje na tyle by rzucić produkcję (no, może z wyjątkiem Sayaki), a umiejętne rozłożenie akcentów opowieści umożliwia śledzenie losów kilku postaci jednocześnie, bez nachalnego wpychania widzom do gardła postaci wiodących i odstawiania w kąt mniej znaczących bohaterek. Nawet jeśli ktoś was wkurza (SAYAKA!) to akcja i tak niedługo przeskoczy gdzieś indziej i zaserwuje nam emocjonalną woltę.
Cukierkowate projekty postaci kontrastują z niezwykle przygnębiającą wymową serii

Klejnot Duszy

„Puella Magi” to także uczta dla oczu. Początkowo cukierkowe i przesłodzone projekty postaci mogą odrzucać, ale w zestawieniu z dziwacznymi, onirycznymi i pokręconymi projektami wiedźm okazują się strzałem w dziesiątkę, dodatkowo potęgując już i tak mroczną atmosferę. Sceny walk z wiedźmami to prawdziwe perełki, wykonane w stylu wyraźnie odcinającym się od reszty produkcji stwarzają niesamowite, niepokojące wrażenie. Niestety zawodzi animacja, postacie poruszają się sztywno, a czasem boleśnie nienaturalnie. Na osłodę dodam, że anime ma świetną ścieżkę dźwiękową, fenomenalnie dopasowaną do tego co dzieje się na ekranie.
Będzie słodko-gorzko. I niezwykle ciekawie.
Dla kogo to więc produkcja? Dla wszystkich lubiących zabawę konwencją i nietuzinkową, dojrzałą fabułę. Dla fanów graficznych cukierków i pokręconych projektów graficznych. Dla znudzonych wszechobecną sztampą. I dla fanów Puśków. W końcu wszyscy wiemy, na kim wzorowano Kyubeya.
Na koniec mój ulubiony motyw muzyczny.
9/10 – Najlepsza seria od czasów Beebopa

Brak Kategorii

1920 Bitwa Warszawska – recenzja

Lipiec 17, 2012 — by Pusiek3

1920 Bitwa Warszawska – niewykorzystane okazje się mszczą

Nudy na pudy

Nigdy nie przepadałam za historią. Na lekcjach wolałam czytać „Wiedźmina” pod ławką, albo razem z koleżanką za pomocą nieograniczonej ilości kredek kolorować kucyki My Little Pony. Nigdy przesadnie nie interesowało mnie to co było, a nudne pogadanki o bitwach, sojuszach czy przemianach gospodarczych tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że historia nie jest i nie może być ciekawa. Jednak nawet taki ignorant jak ja wie, że są w historii Polski epizody nie tylko ważne, ale również niesłychanie filmowo nośne. Jednym z takich właśnie wydarzeń jest tzw. Cud nad Wisłą. Tym bardziej boli, że tak uznany reżyser jak Jerzy Hoffman zmarnował tak dobry temat.
Plakat jako alegoria projekcji.
Drewniani aktorzy pierwszoplanowi
i Adam Ferency kradnący widowisko

Piękni, młodzi, nie umiejący grać

Fabuła filmu koncentruje się wokół postaci dwójki zakochanych młodych ludzi (Borys Szyc i Natasza Urbańska – swoją drogą trochę to ironiczne gdy w filmie o zwycięstwie nad Rosjanami pierwszoplanowe role grają aktorzy z rosyjskimi imionami). On jedzie na wojnę, ona zostaje sanitariuszką. Oczywiście nie zdradzę tajemnicy jeśli powiem, że cała historia ma wyjątkowo przewidywalny finał. Film zawiera dość popularną w kinie batalistycznym konstrukcję, gdzie losy państwowości pokazane są na tle dramatu jednostek. W porządku. Taki zabieg pozwala widzowi na identyfikowanie się z żywymi ludźmi, zamiast z postaciami wodzów z pomników.
Ta para to największa porażka obsadowa ostatnich lat
Tylko czemu na Boga, te postacie są tak beznadziejnie zagrane? Urbańska właściwie w każdej scenie, w której nie tańczy (a jest ich wbrew pozorom niemało) deklamuje swoje kwestie jak na szkolnej akademii. Podobnie zresztą jak jej filmowy partner. Pomiędzy postaciami brak chemii, a widz zastanawia się czy przypadkiem szybki ślub pomiędzy Jankiem i Olą to przypadkiem nie układ podobny do tego, który zawarli Tom Cruise z Katie Holmes. Nie wiadomo też dlaczego bohaterowie szukają się po całym froncie, skoro czarno na białym widać, że nie przepadają za sobą i zamiast udawać zakochaną parę wyglądają bardziej jak znudzeni sobą państwo Rose z komedii Danny’ego de Vito. Zresztą ogólnie aktorstwo w „Bitwie Warszawskiej” kuleje. Co jest tym dziwniejsze, że w filmie występuje cała plejada gwiazd. Wyjątek stanowi tutaj Adam Ferency w roli charyzmatycznego czekisty. Sceny z jego udziałem są najlepszymi z całego filmu.

Nie ważne jaki, grunt, że nie komunista

Na pewno w tym momencie stwierdzicie, że aktorstwo godne Oscara bądź złożona wielowątkowa fabuła nie mają racji bytu w wielkich historycznych widowiskach, gdzie mimo wszystko pierwsze skrzypce grają sceny batalistyczne. „Troja” czy „Pearl Harbor” były przecież nie tylko oparte na podobnym scenariuszu, ale również podobnie niedbale zagrane. Z tym wyjątkiem, że powyższe filmy koncentrują się głównie na batalistycznym widowisku podczas gdy w „Bitwie Warszawskiej” Cud nad Wisłą został sprowadzony właściwie do jednej szarży, oraz siedmiominutowej sekwencji nieustannych, średnio atrakcyjnych wizualnie wybuchów (tak, sprawdzałam z zegarkiem). Może więc zamiast pokazywać występy Oli, przekazać część czasu projekcji na pokazanie bohaterstwa żołnierzy? Zamiast wciskania wątków i postaci, które pojawiają się na chwile by bez uzasadnienia zniknąć, ukazać okrucieństwo wojny? Pokazanie tego jak łatwo dać się uwieść ideałom komunizmu, było bardzo dobrym scenariuszowym pomysłem niestety został on spartaczony złym aktorstwem i kiepskim scenopisarstwem, a najciekawiej zapowiadający się wątek przemiany młodego polskiego sympatyka komunizmu w walczącego z Piłsudskim patriotę został spłycony do granic niemożliwości. Tak jakby twórcy przestraszyli się własnego pomysłu, a w rezultacie stwierdzili, że bohater bez charakteru jest lepszy niż bohater komunista (kochani twórcy! Dobry bohater to bohater przekonujący i autentyczny. Nieważne po jakiej stronie barykady by nie siedział).
Nie bójmy się tego powiedzieć. Jan Krynicki jest po prostu idiotą.

Dużo formy, mało treści

Na koniec, wiecie jak to jest ze zdjęciami? Że widać tylko te dobre lub te złe, a wszelkie średnie ujęcia są dla przeciętnego widza „przezroczyste” i niezauważalne? Jak myślicie, jakimi kadrami raczy nas Sławomir Idziak? Niepoprawnym optymistom powiem, że tym razem nie mieli racji. Jest źle, a nawet bardzo źle. Eksperymentalne, dziwaczne kadrowanie utrudnia śledzenie historii (kto wpadł na pomysł, żeby kręcić Piłsudskiego z perspektywy żaby?). Chaotyczny montaż oraz rozrzucone bez ładu i składu spowolnienia czasu rwą tkankę filmu. Powtarzane, aż do porzygu, sceny gdy Jan zostaje ranny, po pewnym czasie zaczynają śmieszyć, a stylistyka godna teatru telewizji kompletnie nie pasuje do tego typu widowiska. Dodatkowo ujęcia wielkiej armii sprowadzono do pokazania mnogości… końskich kopyt co z jednej strony wygląda na przedramatyzowanie filmu, a z drugiej, jak słusznie zauważyła Piko, na naprawdę średnio udany sposób na zaoszczędzenie części budżetu. Jakby tego wszystkiego było mało, do filmu dorzućcie jeszcze dziwaczną, przesterowaną kolorystykę dominującą sceny i początek filmu wyciągnięty z kroniki historycznej. Jeśli dodamy do siebie te wszystkie realizacyjne wpadki nie pozostanie nam nic innego niż złapać się za głowę, że tak znani filmowcy jak Hoffman czy Idziak stworzyli film, który w scenach batalistycznych przegrywa z „Sensacjami XX wieku”, w montażu i realizacji ze studenckimi etiudami, a w poziomie aktorstwa z niesławnym „W11” (z wyjątkiem Pana Adama Ferencego).
Nie dajcie się zwieść. Oficjalne fotosy wyglądają bardzo poprawnie,
to jedynie film jest beznadziejny

Niewykorzystane okazje się mszczą

Oglądanie tego filmu boli niczym zapalenie okostnej. Bo to nie tylko naprawdę zła produkcja firmowana topowymi nazwiskami. To również zmarnowana szansa na dobre polskie kino batalistyczne, na ciekawą lekcję historii, na superprodukcję, której nie musimy się wstydzić, na film do którego wracać będą kolejne pokolenia. I to właśnie ta świadomość zmarnowanej szansy boli najbardziej.
1/10 – Podręcznikowy przykład „Jak NIE kręcić filmów”
1920 Bitwa Warszawska
czas trwania: 1 godz. 50 min.
gatunek: Dramat, Wojenny
premiera: 30 września 2011
produkcja: Polska
reżyseria: Jerzy Hoffman
scenariusz: Jarosław Sokół, Jerzy Hoffman
(A jeśli wciąż wam katastrofy zwanej „1920 Bitwa Warszawska” mało, to możecie posłuchać co na temat swojego filmu ma do powiedzenia Sławomir Idziak. Odsyłam do portalu Filmweb)

Brak Kategorii

Obcy – 8. pasażer „Nostromo” – recenzja

Lipiec 16, 2012 — by Pusiek3

Obcy – 8. pasażer „Nostromo” – w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku

Odcinanie kuponów

Premiera „Prometeusza” zbliża się wielkimi krokami. Filmu będącego prequelem sagi o morderczych xenomorphach i walecznej Ellen Ripley. Oczywiście możemy się w tym miejscu zastanawiać czy obraz, który zadebiutuje w kinach będzie godnie nosić znak serii i zostanie przez fanów przyjęty do kanonu (pierwsze recenzje nie nastrajają pozytywnie). Warto wcześniej przypomnieć sobie oryginał, bo ten kosmiczny dreszczowiec to horror jakiego obecnie nie spotyka się zbyt często.
Przyznajcie, że plakat wygląda dość niewinnie

Kolekcja klasyki

Ocenianie filmów kultowych to zawsze zadanie niewdzięczne. Bo po pierwsze to produkcje darzone niezwykła estymą fanów, traktowane wręcz z nabożnym szacunkiem, a z drugiej strony to obrazy niezliczoną ilość razy analizowane przez krytykę, o których napisano już wszystko bądź prawie wszystko. Nie inaczej jest oczywiście z „Obcym”. Seria już dawno uznana została za klasykę gatunku, a jej pierwsza część została uznana za wzorzec dobrego horroru science-fiction.

Autostopowicz

Zatem, dla tych wszystkich których mania pokracznych, onirycznych potworów ominęła, bo byli albo za młodzi by obejrzeć film podczas jego premiery, albo nie są amatorami opowieści z dreszczykiem. Załoga (siedmioosobowa) statku „Nostromo” odbiera sygnał S.O.S. nadawany z zapomnianej planetoidy gdzieś na granicy znanego wszechświata. Na miejscu odnajdują rozbity statek kosmiczny, pełny jaj nieznanych form życia. Załoga „Nostromo” (już ośmioosobowa) zabiera morderczego pasażera na gapę i od tego momentu mamy do czynienia z jednym z inteligentniejszych i bardziej wyrafinowanych horrorów, świetnie ogrywającym schematy typowych slasherów.
Rola charyzmatycznej Ellen Ripley stała się trampoliną do sławy dla Sigourney Weaver

Facehugger – Chestbuster – Xenomorph

Nie ukrywajmy, pomysł umieszczenia grupki ludzi razem z żądnym krwi stworem na zamkniętej przestrzeni, a następnie powolna i nieubłagana eksterminacja kolejnych członków obsady to schemat dobrze znany wielbicielom horrorów. Inaczej jednak niż w sztandarowych, do bólu zgranych przedstawicielach gatunku to nie widowiskowe sceny okrutnych śmierci są główną osią fabularną „Obcego”. Film toczy się powoli, akcja snuje się powoli, a atmosfera grozy zagęszcza się z każdą minutą. Dialogi są długie, postacie autentyczne, a brak epatowania bezsensownym okrucieństwem (ale pamiętajcie, że to wciąż horror pełną gębą! Sceny rodem z estetyki gore nie raz spędzą wam sen z powiek, pamiętajcie jednak, że nie tylko jest ich nie wiele jak na produkcję tej długości, ale są one również doskonale wplecione pomiędzy statycznymi, przegadanymi ujęciami) pozwala na pełne zanurzenie się w opowiadanej historii. A jest to opowieść o przetrwaniu i tym jak trudna potrafi być walka o życie, „Obcy” to nie fabułka w stylu nowoczesnych horrorów w których liczą się jedynie flaki i rozpierducha. Na koniec dodam, że to jeden z bardziej oryginalnych slasherów, w którym kolejność ofiar paskudnego xenomorpha jest wciąż świeża i zaskakująca (pamiętacie niesławną zasadę „Murzyn ginie pierwszy”?).
Uważajcie na Zębate Parówki!

Klaustrofobia stosowana

Oprócz fabuły i postaci, które są największym atutem filmu na uwagę zasługują również świetne zdjęcia i muzyka. Nie tylko nie przeszkadzają one w odbiorze filmu, ale dodatkowo potęgują klaustrofobiczną atmosferę zaszczucia. Do koszyczka dorzućcie jeszcze naprawdę niezłe aktorstwo (do dzisiaj krążą legendy o tym co zostało wyreżyserowane, a co jest autentycznym strachem aktorów), a otrzymamy film, który w pełni zasłużył na swoje miejsce w panteonie zasłużonych produkcji. Pamiętajcie, jeśli „Prometeusz” zawiedzie zawsze możemy przesiąść się na „Nostromo”.
10/10 – W pełni zasłużony obiekt kultu fanów horroru.
Bijmy Pokłony!
Obcy – 8. pasażer „Nostromo” (Alien)
czas trwania: 1 godz. 57 min.
gatunek: Horror, Sci-Fi
premiera: 25 maja 1979
produkcja: USA, Wielka Brytania
reżyseria: Ridley Scott
scenariusz: Dan O’Bannon

Brak Kategorii

Czerwiec 26, 2012 — by Pusiek1

BLOGER NA URLOPIE

Poniżej krótkie F.A.Q

Gdzie jedziesz?

Do Turcji

Na jak długo?

Na dwa tygodnie, ale blog zawieszony zostanie do 16.07

Będziesz pisać notki?

I tak i nie. Tak, bo biorę zeszyt i w wolnych, leniwych chwilach pewnie przeleję moje grafomaństwo na papier. Nie, bo nie biorę laptopa, nie napisałam też notek na zapas. Wszelkie notki, które pojawią się na blogu, pojawią się po 16.07

Dlaczego nie będziesz pisać?

Bo mam wakacje. I mam zamiar z tego skorzystać.

To co ja mam czytać?

Przeczytałeś całą Malkontentkę? Jeśli nie, to archiwum tego bloga to świetny start. Poczytaj również zaprzyjaźnionego Geek Orba. Albo nic nie czytaj i ciesz się ładną pogodą.
Pusiu na plaży opala futerko

Brak Kategorii

Dzień Pusia – czyli Hollywood zrób mi prezent!

Czerwiec 21, 2012 — by Pusiek4

Dzień Pusia – czyli Hollywood zrób mi prezent!

Puśki kochają Dni Puśka!
Jest taki dzień raz do roku nazywany Międzynarodowym Dniem Pusia kiedy cała rodzina składa mi życzenia i daje prezenty. To jeden z moich ulubionych dni w roku, znacznie fajniejszy niż urodziny i równie milutki co Gwiazdka. Skoro więc mamy dzisiaj dwudziesty pierwszy czerwca, zastanówmy się jaki prezent mogłoby mi zrobić Hollywod. Poniżej lista kilkunastu produkcji (i gier), które bardzo chciałabym obejrzeć. By było ciekawiej, wszystkie poniższe projekty są w mniejszym lub większym stopniu produktem mojej wyobraźni i aktualnie nie znajdują się w produkcji. A szkoda. Kochani producenci! Jeśli spodoba wam się któryś z poniższych pomysłów – nie krępujcie się! Zawsze możecie go wykorzystać i zrobić mi prezent!

[FILM] Aktorski „Cowboy Beebop” z Benedictem Cumberbatchem

Z taką galerią dobrych postaci to musiałby być świetny film!
Jakiś czas temu mówiło się, że moje ulubione anime zostanie zaadaptowane na amerykański rynek, a rolę Spike’a powierzono Keanu Reevsowi. Gdy o tym usłyszałam, złapałam się za głowę (pamiętacie, które miejsce zajął na Liście Najgorszych Aktorów?), bo skoro Keanu może być Spikiem to równie dobrze ja mogłabym grać Faye. Nie da się jednak ukryć, że „Beebop” to świetny materiał na film aktorski. To pomieszanie gatunków i wciągająca fabuła to coś co miałoby szansę nie tylko stać się kasowym blockbusterem, ale również produkcją równie kultową co oryginał. Tylko proszę, zatrudnijcie do tego dobrych aktorów! Możecie zacząć od Cumberbatcha.

[FILM] „Witchblade”

Niektóre dziewczynki chcą być księżniczkami,
a niektóre policjantkami z Witchbladem
Może być wszystko. Od letniego blockbustera z Megan Fox w roli głównej, po kreskówkę z dramatycznym zacięciem w stylu „Batman: TAS”. Choć nie ukrywam, że najbardziej marzy mi się coś w stylu „Mrocznego Rycerza” z jakąś wyjątkowo piękną i utalentowaną aktorką w roli głównej (Angelino! Byłaś Larą Croft możesz być i Sarą Pezzini!).Zresztą sami przyznajcie, że obecnie w kinach brak heroin kina akcji i nawet „Terminator” wyewoluował w stronę zmaskulinizowanej opowieści o Johnie Connorze, zostawiając gdzieś po drodze jego matkę. Sara drugą Sarah!

[FILM] „Blacksad”

To byłby świetny film, jeśli tylko producenci
nie zagłaszczą kota na śmierć
Broń Boże nie aktorski. Oprócz tego dopuszczalne wszelkie formy animacji, od kukiełkowej zaczynając, a na plastelinowej kończąc. Jakoś nie widzę tego filmu w klasycznym, rysowanym stylu. „Blacksad” zawsze był niesłychanie plastyczny i artystycznie odrębny, rysunkowy film zbytnio zbliżyłby obraz do filmów Disney’a. Za to dorosła produkcja zrealizowana w stylu „Fantastycznego Pana Lisa” oraz zdubbingowana przez obsadę światowego formatu? To jest coś na co Puśki czekają!

[FILM] „Samuraj Jack”

Pu-Siu… tfu! Aku, zmieniający postać władca ciemności
Właściwie to wystarczy mi jedynie kontynuacja nieskończonej serii, niekoniecznie domykająca wątki w sposób jednoznaczny i ostateczny, ale pozwalająca fanom na satysfakcjonujące pożegnanie się z bohaterami i opowieścią. Nikt nie lubi urwanych fabuł, a zakończenie historii nie zawsze musi oznaczać rezygnację z własnych artystycznych ideałów bądź obdarcie jej z aury tajemniczości. Ten świetny serial zasługuje jeszcze na przynajmniej jedną serię, a nie poniewierkę po wieczornych programach dla dzieci. Prawda Adult Swim?

[SERIAL] „Twin Peaks”

Żądamy ciągu dalszego!
Jasne, że obsada się zestarzała. Jasne, że telewizja się zmieniła. Tylko co z tego? To wciąż jeden z oryginalniejszych seriali telewizyjnych i absolutny nestor wszelkich odcinkowych produkcji spod znaku realizmu magicznego. Bez „Twin Peaks” nie byłoby „Losta”. Zatem porządne zakończenie, należy się fanom jak psu zupa. Bądź Pusiowi Redd’s.

[GRA] Najlepsza Bijatyka na Świecie

Oczywiście czymże by była Najlepsza Bijatyka Świata bez Lansa?
Kocham bijatyki. Uwielbiam okładać mordy wirtualnych przeciwników i ścierać na proch świeżo poznane przez internet nooby. Jestem skłonna poświęcać długie godziny na szlifowanie własnych umiejętności, dogłębne poznanie systemu, a wreszcie na naukę trików. Nie spotkałam jednak jak dotąd bijatyki idealnej, a przecież recepta na nią jest taka prosta!
Wystarczy wziąć wciągającą fabułę z „Mortal Kombat” – nie głupią i wewnętrznie spójną, pozbawioną durnowatych wojenek postaci rozpoczynanych z najbłahszych powodów (bitwa o kapustę z „DOA 4” to wręcz klasyk). System z „Tekken”, który jest idealnym przykładem systemu łatwego do nauczenia i trudnego do zmastrowania. Który nie pozwala na kretyńskie klikanie klawiszy na oślep, a jednocześnie nie wymaga absolutnej perfekcji ciosów. Tryb online ze „Street Fighter” gdzie wyszukiwanie zawodników trwa ułamek sekundy, a mecze przebiegają płynnie. Gdzie lagi nie wypaczają wyników i wygrywa po prostu lepszy zawodnik. Tworzenie postaci z „Soul Calibura”. Bo nie ma nic śmieszniejszego niż stworzenie własnego alter ego okładającego największych bijatykowych wymiataczy. I wreszcie areny i tryby zabawy z „DOA”, bo nie zawsze musimy bić się zupełnie serio. Proste, nie?
Tak więc drodzy producenci. Za rok czeka mnie wiele miłych niespodzianek na Międzynarodowy Dzień Pusia, prawda?

Brak Kategorii

Kronika – recenzja

Czerwiec 19, 2012 — by Pusiek2

Kronika – kamerę mam, mam i film!

Ofiary mody

Ostatnimi czasy namnożyło się filmów przedstawiających akcję z perspektywy wyposażonego w kamerę bohatera. Niestabilne ujęcia, rwana narracja i niedoświetlone kadry mają rzekomo powodować większe zaangażowanie widza, a przedstawioną historię czynić bardziej autentyczną. Trend jest wyraźny oraz niewątpliwie nadużywany. Bo o ile taki zamysł może świetnie sprawdzić się w horrorze („Blair Witch Project”, „Projekt: Monster”) to do niektórych gatunków taki styl po po prostu nie pasuje, a w efekcie nie tylko nuży, ale również buduje ścianę pomiędzy filmem, a odbiorcą, sprawiając, że zamiast skupiać się treści cała uwaga widza skoncentrowana jest na niepasującej, wyrwanej z kontekstu formie.
Nawet plakat raczy nas młodym gniewnym

High School Musical i inne potworki

„Kronika” opowiada historię trójki uczniów amerykańskiego prowincjonalnego liceum, którzy w niezrozumiały sposób otrzymują dar telekinezy. Dwóch z chłopców to szkolne gwiazdy, trzeci to typowy wyrzutek. Stereotypowo, złote dzieci wykorzystują swoją moc w imię dobra (bądź niewinnych, szczeniackich żartów), zaś gnębiony młodzieniec staje po ciemnej stronie mocy. To właśnie ten podział na bohaterów szlachetnych i nikczemnych, bardzo nieudolnie charakteryzowanych jest jednym z zastrzeżeń jakie mam do tego filmu. Protagoniści bez skazy to coś co w dzisiejszym kinie wydaje się anachroniczne, a dodatkowo spycha film w stronę miałkiej produkcji dla młodzieży w stylu „High School Musical” gdzie wszyscy są dla siebie mili, a na szkolnym boisku nigdy nie pada deszcz. Pomyślicie pewnie, że przecież „Kronika” to kino młodzieżowe ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Otóż nie, ten film od początku do końca reklamowany był jako dojrzały dramat o złamanych dziecięcych żywotach. Klapa.
Zagadka! Rozpoznajcie, którzy bohaterowie to dwaj młodzi sportowcy,
a który to emo

Nie lubię ciebie, ciebie i… ciebie

Ponadto, jeśli tworzy się film, który w założeniu ma być dramatem to, na Boga, należy w nim umieścić przekonujących bohaterów, którym można kibicować i współczuć. Uczynienie głównych postaci ludźmi idealnymi, bądź użalającym się nad sobą emo to strzał w stopę. Irytujący bohaterowie potrafią pogrążyć każdy gatunek, ale to właśnie w dramacie czynią największe szkody bo obdzierają go z charakteru. Dodatkowo postacie są źle zagrane, a jeszcze gorzej napisane. Istny dramat!
Odnoszę wrażenie, że bohaterowi bardziej niż super moc
przydałby się kopniak w dupę

Forma to nie wszystko

Pozostaje jeszcze kwestia wszędobylskiej ręcznej kamery. Owszem, jeden z bohaterów jak na młodego hipstera przystało jest nieprzystosowanym artystą (w tym wypadku artystą filmowcem), ale to nie tłumaczy zbędnego maltretowania widzów ujęciami, które wyglądają tak jakby operator miał padaczkę. Podobnie sprawa ma się z rwanym montażem, który potrafi być ciekawym środkiem artystycznym, ale tylko w odpowiednio pod niego napisanej historii. Nigdy na odwrót. W odwiecznym pojedynku forma czy treść nie chodzi przecież o to kto wygra. Chodzi o harmonię i lekkość, której „Kronice” brak. Kiepski fabularnie i realizacyjnie film sprzedał się jednak na tyle dobrze, że zapowiedziano realizację sequela. Chować się kto może!
2/10 – Przy takiej „Kronice” książka telefoniczna jest ciekawa

Kronika (The Chronicle)

czas trwania: 1 godz. 23 min.
gatunek: Dramat, Thriller, Sci-Fi
premiera: 3 lutego 2012
produkcja: USA, Wielka Brytania
reżyseria: Joshua Trank
scenariusz: Max Landis